Brama Brandenburska
Na początku nie wiadomo, kto przybiegnie ze zniczem olimpijskim pierwszy. „Brandenburg Gate” otwiera niechlujna zagrywka na gitarze akustycznej, jak przed laty „Battery”, a całkiem niedawno koncertowe wykonanie „Berlin”. Bramę Brandenburską przekraczamy wraz ze znajomym zaśpiewem Hetfielda i całym tonażem Metalliki. „Dziewczyna z prowincji”, śpiewa Reed, o przybyciu nie tyle do wielkiego miasta, co do świata znanego z filmów. W tekście wymienia „Wyspę doktora Moreau” i Petera Lorre („M – Morderca” Fritza Langa), ale Klaus Kinsky wskazuje już, że nie trafiliśmy do weimarskich Niemiec.

W wywiadach Lars Ulrich podkreśla duchowe pokrewieństwo swojej kapeli z twórczością założyciela The Velvet Underground. „I Metallica i Lou od zawsze byliśmy outsiderami”, strzela na ślepo. Ale czy tak było również przed erą wspólnych pakietów prasowych? Ostatni, wulgarnie (czyt. współcześnie) rockowy album Reeda wyszedł 11 lat temu („Ecstasy”). Po operze-słuchowisku „Raven” nie było pewne, w którą stronę zmierzać będzie dojrzała kariera twórcy „Transformera”. „Hudson River Meditations” to w zasadzie instalacja dźwiękowa. „The Creation of the Universe” – przetestowanie formuły „Metal Machine Music” na żywo. W międzyczasie zdarzyło się tournée w czasie którego artysta wykonywał swoje opus magnum – płytę „Berlin”, w nowej, poszerzonej o chór, aranżacji. Dochodziły też słuchy, że Lou Reed wyreżyserował film. W zestawieniu z pomysłami muzyka, Metallica trzymała się ustalonego wektora. Po skoku w bok z wybujałą fantazją na temat własnej przeszłości, czyli albumem „St. Anger”, na „Death Magnetic” otarła się o własną parodię, nadając albumowi koncept ściągnięty z klasówki szóstoklasisty (trumna jako dwubiegunowy magnes). Do spotkania z kędzierzawym nowojorczykiem doszło przy okazji koncertu na dwudziestopięciolecie „Rock’n’Roll Hall of Fame” – imprezy tak zakłamanej, że to Iggy Pop indoktrynuje Madonnę jako „ikonę rocka”, a sam zmuszony jest do naśladowania Wayne’a i Gartha w garderobie Alice’a Coopera – wykrzykujących „Nie jesteśmy godni!”. Wracając do występu, po wspólnym koncercie zrodziła się propozycja odświeżenia reedowskich klasyków. Tydzień przed zaplanowanymi sesjami zainteresowanie muzyków wzbudził jednak inny pomysł. Reed przyniósł zespołowi taśmy z nagraniami do sztuk Wedekinda, stworzonymi wspólnie z Sarthem Calhounem.
Pompując krew
Rozpoczyna się od „czesanych pod włos” partii wiolonczeli, by za piątym pociągnięciem smyczka wkroczyć z balansującym na granicy pisku sprzężeniem. Cały zespół włącza się stopniowo, wywołując wrażenie zmienianych przekładni. Narasta. Narasta. Zanika. Pozostaje błąkająca się gitara, jak ze wstępu do „Enter Sandman”. „Dawaj, James”, rzuca Reed, na co donośny Diesel Metalliki startuje ponownie, a tuż przed piątą minutą, naprowadzony werblami Larsa Ulricha, zaskakuje w stały rytm pracy. Szarża zespołu poddać się musi ciągłym fanaberiom. Lulu trzyma kompozycję na smyczy, szarpiąc ją i poganiając jak ogłupiałego psa.

W trzynastominutowym filmiku promocyjnym, Lou Reed wydaje się trzymać na muszce cały czteroosobowy skład Metalliki. O płycie wypowiadają się w samych superlatywach. Podkreślają też nietypowy tryb pracy. Żadnego polerowania, sklejania kompozycji z kawałków. „Po prostu graliśmy”. Część kompozycji powstała za pierwszym podejściem („Pumping Blood”). Dzięki tej metodzie Reed wycisnął z kapeli cały miąższ, brzmieniowo oscylując gdzieś pomiędzy „...And Justice for All” a „Load’em” – ogranymi patentami w nietypowych sytuacjach. Nie dziwi nawet, że kapela Ulricha nie brzmi tu czasami jak ona sama („Little Dog”). Piosenki z początku płyty można by po kolei odhaczać: „Brandenburgh Gate” z akustycznym wstępem jeszcze nie do końca się przegryzło. „The View” to Metallika z gruba ciosana. Również „Iced Honey”, niesione power chordami i reedowską strukturą z czasów „Ecstasy”, zwyczajnie nuży. Reszta dwupłytowego albumu to wolno mieszająca się magma („Cheat on me”, „Dragon”, „Little Dog”). Jedno jest pewne – płyta nagradza przy każdym kolejnym przesłuchaniu. Oczywiście, jeżeli komuś brak cierpliwości...
Na promocyjnym filmiku zobaczyć też można Kirka Hammetta i wciąż speszonego Trujillo. Reed przybiera pozę Lincolna, siedzącego na kamiennym tronie. Zerka tylko co pewien czas na zespół – ujarzmionego potwora. Już nie pamiętam, który z nich nagrywał „władcę marionetek”.
Frustracja
Słychać syk rur, bądź też starych organów w wozie cyrkowym. „Frustration” – Reed rozpoczyna wykład, jakby odczytywał definicję ze słownika. Pauza na oddech, w czasie której bezsilność obezwładnia. „Brak mi spermy, jak dziewczynie”, skarży się narrator, wyszeptuje, krzyczy – „Chcę Cię mieć za żonę!”. Desperacki ton dopowiada motywację bohaterów sztuk Wedekinda. W tle znajome odgłosy starej instalacji, wykreowane przez Calhouna w wysokich rejestrach. Uderzenie i cwał. Tak jeszcze dwukrotnie, dopóki w połowie dziewiątej minuty wykład o upokorzeniu nagle się nie zakończy.
Metallica pompuje krew w organizmie projektu. O gotowym dziele nie da się myśleć inaczej, jak w kategoriach wedekindowskich. Biologiczna femme fatale i jej zdruzgotani kochankowie, przełożeni na romans Reeda z młodszym o 20 lat trashmetalem. Perwersja i choroba nadają liczącej ponad wiek sztuce charakter wystąpienia Akcjonistów Wiedeńskich, uzbrojonych w gitary. Czasem stare ciało nie nadąża – wypompowany głos Reeda „wlecze się” za galopadą „Mistress Dread”. Stare kości. Jak ujął to w jednym z wywiadów autor pomysłu całego przedsięwzięcia – „przyniosłem głowę. Potrzeba mi było tylko ciała”.
Powiedzenie o „Lulu”, że jest produktem współpracy dwóch stron byłoby jednak nieporozumieniem. Trzecia siła – Serth Cathous – z którym Reed występował na improwizowanych koncertach (Metal Machine Trio i „The Stone: Issue Three” Johna Zorna), a nawet czwarta – klasyczne instrumenty (skrzypce, wiolonczele, altówki), w aranżacji Jenny Scheinman – dodają albumowi niezwykłej aury. Rynsztokowy niepokój zagospodarowuje rejony, do których feedback Reeda i „bateria” Metalliki nigdy by się nie ściszyły. Albumu trzeba słuchać głośno, by wychwycić wszystkie mostki i preludia – wprowadzenia do utworów oraz ich aranżacyjne dopełnienia, jak choćby w środku otwierającego drugą płytę „Frustration”. Pomimo osiągniętych w ten sposób kontrastów, nie o uderzenie tu chodzi. Ważniejsze są przestoje, wspierane przez stany zwątpienia w warstwie tekstowej. Przykładowo, niedbała fraza gitary i ciche wzbudzenie wykreowane przez Hammetta w „Little Dog” doskonale wprowadzają w wycieńczony umysł bohatera – doktora Golla, Schwartza, Schöna czy Alwy.
Ojciec Junior
Po takiej dawce dławienia się i torsji, zakończenie, łączące „Sad Song” z „Hello, It’s Me”, jest sporym zaskoczeniem. Jeszcze rzadziej Metallica odwiedzała tak spokojne terytoria. „Hero of the Day” w wersji z „S&M”, byłby chyba najbliższy temu, co usłyszymy w „Junior Dad”. Tym razem w głosie Reeda jest czułość i smutek. U Wedekinda ojciec Alwy ginie z ręki Lulu. „Wiek zasuszył go i zmienił w Ojca Juniora.”, opłakuje go bohater „adaptacji” Reeda. Tekst początkowo zamieszczony był w książce „Pass Thru Fire”, i jak można się było domyśleć, dotyczył Sidney’a Josepha Reeda. Po dodaniu do niego muzyki kończy album w nieoczekiwany sposób – łaską. Nie spiesząc się już nigdzie, dryfuje w przestrzeni na długo po tym, jak kapela odstawi instrumenty – to za sprawą wiolonczeli, altówki oraz elektrycznego kontrabasu Roba Wassermana, w stylu Arvo Pärta. Nigdy nie zauważam, kiedy mija tych dziesięć minut. Pozostałe dziewięć wybrzmiewa już w innym wymiarze, „...jadąc ku wyspie zagubionych dusz”.

To trudna miłość. Dwóch różnych pokoleń. Ojca do syna. Przeszłość działa na jej niekorzyść. Zupełnie inny odbiór mógłby mieć album bez kampanii „pięć kciuków do góry”, gdyby na rynek trafił nieoznaczony biały digipack ze zdjęciem rozczłonkowanego manekina. Napis „Lulu”, sporządzony tuszem z krwi i spermy – tym samym, jaki Andres Serrano zatrzasnął w pleksiglasie na okładce „Load”. Stylu Metalliki i głosu Reeda i tak nie da się pomylić z nikim innym. Stąd rozczarowanie i agresja w recenzjach krytyków, że „[o]statecznie, było to [tylko] zwyczajne serce”. Ponownie wkładam pierwszą płytę do odtwarzacza, bo – jak słychać – wciąż tłoczy krew.
Lulu, Lou Reed & Metallica
Warner Bros., 2011
Tracklista:
01. Brandenburg Gate
02. The View
03. Pumping Blood
04. Mistress Dread
05. Iced Honey
06. Cheat On Me
07. Frustration
08. Little Dog
09. Dragon
10. Junior Dad
Foto: Anton Corbijn
http://www.loureedmetallica.com