
Jason Reitman nie bawi się w idealizowanie macierzyństwa i sprawnie żongluje drobnymi żarcikami pochodzącymi bardziej z prozy życia, niż z intencjonalnych zabiegów tworzących gatunek, jakim rzekomo „Tully” powinna być. Film za to, niczym refren, wygłasza niepodważalną tezę, iż bycie matką to harówa na pełen etat. Marlo nieustannie karmi, przewija, sprząta i tuli dzieci, by w końcu zasiąść w fotelu przy akompaniamencie ulubionego erotycznego reality show. Szybkie cięcia montażowe sprawnie ukazują rutynę każdego, kto doświadczył opieki nad małym dzieckiem. Mimo wszystko, o ile wdzięczna „Juno” wpisała się w kanon amerykańskiego kina indie, tak „Tully”, zrobiona najwrażliwszą reżyserską ręką, wiele brakuje do zwinnej komedii o trudach prokreacji.
Oglądając historię Marlo można odnieść wrażenie, że z tematem utożsamią się tylko ci, którzy dzieci oczekują lub już je posiadają. Dla laików w temacie rozmnażania, powstaje niewidzialna ściana blokująca możliwość nawiązania porozumienia z główną bohaterką, a krzywizny scenariusza w zrozumieniu bohaterek nie ułatwiają sprawy. „Tully” to więc ciepła opowieść o trudach macierzyństwa, z baśniowymi wtrętami – wizjami sennymi i niezręcznym plot twistem. Reżyser próbuje złapać kilka srok za ogon, prezentując intrygujące wątki poboczne (synek Marlo, który jest nadwrażliwy na bodźce zewnętrzne lub homoseksualna przeszłość głównej bohaterki) jednak, co rozczarowujące, w żaden sposób ich nie kontynuuje. Na uwagę zasługuje Theron, która na potrzeby roli przeszła diametralną fizyczną metamorfozę i w każdej sekundzie filmu robi wszystko co może, by być zwykłą Amerykanką z nadwagą, a nie ulubienicą Hollywood.

Jedno Reitmanowi należy przyznać - „Tully” przynosi rozgrzeszenie amerykańskiemu społeczeństwu, którego mit o perfekcyjnym domu, gdzie blaty lśnią czystością a dzieci nie mają próchnicy, już dawno wszystkich przerósł. Gdzieś między pieluchą a zasypką, brakuje miejsca na zwykłe życie, które protagonistka zagubiła w momencie podjęcia decyzji o macierzyństwie, i z tej perspektywy, „Tully” to wartościowy remider, że wszystkie matki to w istocie prawdziwe superbohaterki.