W Goliacie nie uświadczymy typowej dla słynnego Norwega żonglerki gatunkowej, ponieważ jego szkockiego kolegę po fachu interesuje rewizjonizm. Centralną postacią swojej historii Gauld czyni olbrzyma, który nie jest, jak wynika z pełnej fałszu i sprzeczności Biblii, potężnym wojownikiem, a fajtłapowatym pacyfistą, który nigdy muchy by nie skrzywdził. Jego postura jest jednak dla jego przywódcy wystarczająca, ażeby to właśnie jego odziać w zbroję i wysłać na rzekomo skazaną na powodzenie „wojnę psychologiczną” z Izraelitami. Mało tego, samo wybranie go na reprezentanta wojska filistyńskiego uczyni go w oczach jego ziomków mocarnym żołnierzem, a ubranie go w efektowną zbroję i zmuszenie do wzięcia udziału w (mającym nie mieć nigdy miejsca) pojedynku – istotą wręcz nadludzką. Taką, która żywi się kamieniami i krzesi ogień spojrzeniem.

Autor inteligentnie posługuję się prawidłami socjologii, aby niejako od podszewki przedstawić nam proces budowania mitu, okazujący się być równoznacznym zwykłemu powstawaniu plotki.
Kolejne dni upływają tu zwykle pod znakiem monotonii oraz kontemplacji, co – wespół z do bólu ascetycznymi rysunkami, na których oprócz dwóch wiadomych barw pojawia się ledwie jeden kolor (brąz) – szybko przywodzi na myśl kino Jima Jarmuscha. I tak jak słynny reżyser, tak i Gauld okazuje się prawdziwym mistrzem „fabularnej nudy”. Miejsce ciasnych pomieszczeń, charakterystycznych dla wczesnych, kręconych na czarno-białej taśmie filmów Amerykanina, zajmuje w Goliacie otwarta, a jednak jakby niewoląca bohatera przestrzeń. Nie bez wpływu na odbiór całości pozostaje też wszystko to, co możemy na niej odnaleźć.
Funkcję bębna wybijającego rytm opowieści pełnią obserwacje skąpej i surowej przyrody. Za nią kryje się być może nieubłagany, starotestamentowy Bóg, który wybrał bohatera na konieczną do poświęcenia ofiarę. Wszak kolejne wschody i zachody słońca nieuchronnie zbliżają go do spotkania ze słynnym pasterzem, a i sposób, w jaki słońce jest przedstawiane, sprawia wrażenie jakby było stałym obserwatorem kolejnych wydarzeń; wreszcie pojawiająca się przed finałem wichura prezentuje się niczym zapowiedź apokalipsy. Ogromna ilość miejsca, które owa przyroda otrzymuje, czyni ją kolejnym, po naszym prawie-wojowniku i jego dziewięcioletnim giermku, bohaterem. Jej rola, tak jak i części innych elementów tej odświeżającej historii, nie jest jednak jasna, gdyż Gauld bawi się językiem medium, czasem celując w przejrzystość i klarowność, a czasem w sugestywność i niedopowiedzenia poszerzające pole interpretacji.

Co zasługuje na największą pochwałę – brak możliwości większego zaskakiwania czytelnika Szkot uczynił swoim walorem. Bezsensowność ozdabiania takiego akurat scenariusza ostrymi punktami zwrotnymi nie wyklucza przecież porządnej dramaturgii. Jej podstawą okazuje się specyficzny suspens oraz, co z nim nierozerwalnie związane, coraz większa sympatia, jaką darzymy poczciwego Filistyna. To nasza nad-wiedza, wynikająca ze znajomości przypowieści, oraz fakt, iż autor każe bohaterowi z pokorą pełnić swoją nonsensowną rolę (zarazem dając mu nadzieję, iż do żadnego starcia nie dojdzie), czynią historię dramatyczną. A że tempo opowiadania to przyspiesza, to zwalnia, i przy tym nie otrzymujemy informacji odnośnie tego, ile czasu już minęło, to nie mamy zielonego pojęcia, kiedy wreszcie do słynnego pojedynku dojdzie.
Na pozór Gaulda nie interesuje budowanie jakiegokolwiek napięcia, woli uciekać w – na zmianę – poezję i satyrę, a fragmenty refleksyjne i melancholijne przeplatać prostymi, lecz nierzadko rozbrajającymi gagami. Ale przecież, biorąc też pod uwagę nasze nieustanne oczekiwanie i konsekwentne wzmacnianie więzi z bohaterem, właśnie w ten sposób napięcie buduje. Im dłużej czekamy – smucąc się i śmiejąc po drodze – tym bliżej niego jesteśmy, a im bliżej jesteśmy, tym bardziej cenimy sobie jego towarzystwo. Efektem tego nie chcemy, żeby ginął, kibicujemy mu i mamy nadzieję, że w tej wersji przypowieści Dawid wcale nie istnieje. Tyle że wtedy, niestety, nie miałaby ona sensu.
Goliat
Tom Gauld
Centrala
9/2012
Marcin Zembrzuski - autor tekstów o tematyce filmowej i komiksowej, publikujący czasem tu, a czasem tam, o czym chętnie informuje za pośrednictwem swojego bloga (www.kinomisja.blogspot.com). Entuzjasta mainstreamu w wersji art (nie na odwrót), hybryd gatunkowych, pulpy, dokumentalizmu, surrealizmu, kina klasy B. Jak był młodszy, to chciał być Batmanem, ale teraz woli zostać Bruce'm Wayne'm. Pisze książkę poświęconą spaghetti westernom.
28.03.2013 15:25 | sceptyk:
Edukacja sprawi, że zmartwychwstanie, niepokalane poczęcie itp. staną się bardziej prawdziwe? Ciekawe podejście, bo to tej pory byłem przekonany, że to kwestia wiary. Ciekawy jest również zarzut antykatolicyzmu, ale to chyba efekt zawłaszczenia przez katolików Biblii...