Najlepiej zabrać ze sobą szkicownik lub notatnik. „Grace for Drowning” najbliższy jest tej formie – otwartej i odważnej, z wyrobioną kreską, jednak sporządzonej przez rysownika zafascynowanego zagranicznymi pejzażami. Kampania promocyjna trwa już od miesięcy. Wstępne spisy kompozycji nagranych podczas sesji. Jedynie tytuły, ale jak one stymulują wyobraźnię! Grafika Lasse’a Hoile’a, obecnie równie ważny aspekt Wilsonowskiego projektu co strona muzyczna. Ukazują się wywiady z zapewnieniami: „To najlepsza rzecz, jaką nagrałem”. Rozmachem, tak aranżacyjnym, jak i przeliczonym na zaproszonych muzyków, Wilson potwierdza te słowa. Zazwyczaj dwupłytowe wydawnictwa to concept albumy albo płyty pokroju „Physical Graffiti” czy „Sign `O` the Times” Prince’a – każdy utwór w innej stylistyce, każdy genialny, ale na własnych warunkach. Przesłuchując „Grace for Drowning”, można natrafić na wyrywki z niemal całego katalogu lidera Porcupine Tree. Jest to bodajże pierwsza próba pogodzenia rozszczepionej osobowości projektów – ambientowo-dronowego Bass Communion, piosenkowej natury Blackfield, transu I.E.M. i wrażliwości na trendy no-man’a, nie wspominając już o grupowych improwizacjach „macierzystej” formacji. Daleko mu do monolityczności „Deadwinga” czy „In Absentii”. Zamiast jednorodnego roztworu otrzymujemy zawiesinę.

Tytułowa kompozycja jest nader skromna. Zaledwie cień przesuwający się pod powierzchnią wody. Głos i fortepian, wokalizy bez słów. Otwarcie utrzymuje w tajemnicy to, co nas czeka przez resztę 83-minutowego spaceru, a jest to podróż bardzo urozmaicona, także w rejony rzadziej przez Wilsona uczęszczane – jazz, trip-hopową elektronikę czy – paradoksalnie – współczesny art rock w formie uprawianej przez zespoły à la Dream Theater (występujący gościnnie Jordan Rudess gra jednak bardzo powściągliwie). Steven Wilson przestał tuszować przeszłość, kryjąc się za ścinaniem riffów i nu metalem. Dzięki remasteringowi klasycznego katalogu King Crimson odkrywa także przeszłość  cudzą. Echa „Islands” czy „Lizard” słychać w „Remainder the Black Dog”, „Deform to Form a Star” czy sekcjach „Raider II” za sprawą instrumentów dętych – w tej roli Ben Castle i Theo Travis. Kompozycje z „Grace for Drowning” nie cierpią na nadmiar ambicji w pilnowaniu symetrii, domykaniu płyty klamrą czy podporządkowywaniu się pojedynczemu pomysłowi. To fontanny inwencji, płynące kaskadami genialnych rozwiązań. W niespełna 5-minutowych (u)tworach („Track One”, „Index”, „No Part of Me”), dzieje się więcej niż na całym „Fear of the Blank Planet”. To cały Wilson, który do suit i innych typowo „progresywnych” kompozycji podchodzi ostrożnie, a utwory rzadko kiedy trwają dłużej, niż powinny. W dzisiejszym prog rocku, zdominowanym przez Flower Kings czy Spock’s Beard, taka postawa należy do rzadkości.




Dysk pierwszy: Deform to Form a Star

Po wstępie, którego prawdopodobnie nawet nie zauważymy, trzeba ostrożnie stawiać kroki.
Instrumentalny popis „Sectarian” brzmi jak krnąbrny adiunkt, udawadniający mistrzowi, że na gitarze akustycznej też można grać heavymetalowe riffy. Kawałek wydawałby się skromny i napuszony, gdyby nie to, że pierwszy plan zajmuje saksofon z klarnetem. Theo Travis czyni spustoszenie, a w kodzie partie Bena Castle (klarnet) łagodzą sytuację. „Sectarian” startuje na suchym lądzie, stroszy kolce, a pojedyncze akordy wybrzmiewają długo i potężnie, jakby niosła je woda. Efekt ten oswoili już sobie miłośnicy „Insurgentes”. Tu wspomaga go jeszcze mniej konwencjonalne instrumentarium – pośród nich autoharfa i chapman stick. „Deform to Form a Star” to ballada. Fortepian wprowadza w gąszcz, porzuca, po czym powraca odmieniony – podszywając się pod gitarę. Kiedy milknie, pozostawia przestrzeń dla punktowanego elektroniką „No Part of Me” oraz nienatarczywego „Postcard”. „No Part of Me” to krewny „15 Steps” Radiohead, ale o nostalgicznym usposobieniu, podpartym smyczkami, niepokojącym i rzewnym sygnale. Czuć ogromne napięcie powierzchniowe tworzone przez Markusa Reutera. Tafla drży coraz mocniej, potrząsana Warr guitar Treya Gunna, aż woda w naczyniu przelewa się, a rozszalałe partie Pata Mastelotto wywracają z sobą zbiornik. W ciszy pozostają tylko szmery, brzęczenie à la Tarwater albo Oceansize z okresu „Home & Minor”, choć słychać też Wilsona. „Postcard” w piękny sposób odmawia słuchaczowi klisz – przesłodzonego refrenu, popisowego solo wieńczącego utwór, w tym i patentów wypracowanych przez samego Wilsona (chóru śpiewającego w kanonie). Gdyby pod „Grace for Drowning” podpisał się kto inny, na przykład Coldplay, utwór byłby murowanym singlem. Tykające na przemian dwa i trzy dźwięki pianina, tryskające jak z wodopoju skrzypce i chór. „Najwyższa pora, bym wstał z kuchennej podłogi” to jedna z najładniejszych piosenek Brytyjczyka opakowana w powszednie słowa. Wspomnienie gwizdka lokomotywy i coldplayowowski efekt nakręcania pozytywki – „przebieram nogami, ale nie ruszam się z miejsca”, uzyskane za pomocą grzechotki i szybkiego uderzania w struny. Jak się okazuje, „Postcard” i „No Part…” są tylko przystankami zbaczającymi z właściwej ścieżki, na którą kieruje preludium do „Raidera”, wykonane przez grupę Synergy Vocals, i „Remainder the Black Dog” – cięższy kuzyn „Sectarian”. Poważnie i formalnie brzmiący fortepian nie wróży niczego dobrego. To Steve Hackett dwukrotnie spuszcza tytułowego psa z łańcucha mocno przetworzoną partią. Co chwilę włącza się jazzowy hamulec. Klawisze przeszczepione z Dream Theater (tu ograniczone do pojedynczego przejścia), świadczą, że „nie jesteśmy już w Kansas”. Wilson zdecydowanie znajduje się poza swoją „strefą bezpieczeństwa”. Rozregulowana perkusja Nica France’a odbija się od krawędzi kompozycji, zamiast je uszeregować. Utwór wyciśnięty niby z jam session przecina szlak wcześniejszych kompozycji i pozostawia po sobie puste koryto rzeki.

Dysk drugi: Like Dust I Have Cleared From My Eye

„Belle de Jour” lepiej ilustrowałaby opowiadanie z dreszczykiem niż film Buñuela. Trzyminutowej wiotkości, przesiąkniętej lekko upiorną autoharfą, nic nie napina. To raczej historia o duchach opowiedziana przez akustyczną gitarę z nylonowymi strunami, pobrzękujące pianino w zamkniętym dworku, w którym meble poprzykrywane są białymi prześcieradłami i kurzem. Melodia z pozytywki – przypomina sobie dziewczyna w wiktoriańskiej sukni i zatapia się w ścianie. Brak perwersyjnych skłonności, które charakteryzowały bohaterkę graną przez Catherine Deneuve, kompensują kolejne dwa eksperymenty na „Like Dust I Have Clearned From My Eye”. „Index” zbiera szczątki bojlera doprowadzonego przez „No Part of Me” do wrzenia. Beat nakładający się na werblową partię Mastelotto również sprawia wrażenie zsamplowanej czy podawanej przez automat perkusyjny jak w „Morning Bell” Radiohead. Gdzieś w oddali przewija się dramatyzm filmowej ścieżki dźwiękowej. Wojennym patosem dławi ona syntetycznie przetworzony głos, należący najpewniej do Hannibala Lectera lub jego ucznia – Buffalo Billa. „Jestem kolekcjonerem i nigdy mnie nie rozumiano”. Przerwanie transmisji, zakłócenia. Trawiaste wzniesienia kryją doliny wypełnione złomem, specjalnie dla tego utworu skompilowane z masy zebranego materiału dźwiękowego. Tekst ma nasuwać jednak inne skojarzenie – z „Kolekcjonerem kości”. On też preferował graciarnię ponad laboratorium. „Track One” zapowiada Syda Barretta, jednak już przed połową psuje się i rozwarstwia jak kotłownia wojennej maszyny, z której wraku ma się wyczołgać ostatni ocalały żołnierz. Gilmourowski motyw otoczony zostaje przez kołysankowy akompaniament Paula Simona z „Sound of Silence”. Tylko dwie gitary sunące po powierzchni wody. Nie zapowiada to jednak zaskoczenia, jakim jest „Raider II”. Olbrzymi, przerdzewiały kontener ukryty za drzewami. Nieprzystępny z żadnej strony, przetacza się po prostu przez głośniki. Zajmuje mu to 23 minuty. Ściany równo ciosane motywem granym przez cały zespół – bas Nicka Beggsa, gitarę Mike’a Outrama, chór pod batutą Dave’a Stewarta. Wejścia prowadzą do różnych pomieszczeń, jednak najlepiej nie zwiedzać ich po kolei, bo i tak nie składają się na płynną suitę. W pierwszym pomieszczeniu długo wybrzmiewające akordy majorowe na klawiszach. W drugim zagryzają się dwie bestie: tenorowy saksofon Davida Jacksona z VdGG i piszczałki McDonalda z „I Talk to the Wind” (4. minuta). Trzeci wypełnia poetycki slam między jazzowym wieczorkiem Mike’a Garsona, Grechuty i King Crimson circa 1973, przepędzonymi przez maniakalny crosspicking w stylu Roberta Frippa. Główny temat powraca, wymruczany przez Wilsona. Rock traci formę i roztapia się w synkopę, po czym jeszcze bardziej rozlewa w skwierczący ambient. Sample i tło niczym z „Piper at the Gates of Dawn” zapewniają, że koszmar już minął. Mylnie. Wtedy (18. minuta) powraca nasilające się jak nawałnica crimsonowskie crescendo, oczyszczając atmosferę przed atomowym rozpadem kody pomieszczonej w trzech ostatnich minutach. W sam raz dla pięknego, rozmarzonego zakończenia. Jeśli po całej eskapadzie i zagłębianiu się w bór, runo leśne, mokrą glebę… nagle natrafimy na polanę i skarpę z pięknym widokiem na morze, znaczy to, że jesteśmy w finałowej kompozycji z „Grace for Drowning”. Niezobowiązująca solówka podkreśla utwór. W „Like Dust I Have Cleared From My Eye” wyczuć można podobieństwo do „Fadeaway”, ale tylko w wypadku, gdyby nagrali je David Gilmour i Oceansize. Bez wyciskania łez tym razem. W tle odzywają się bas Tony’ego Levina i melotronowy chór, znany słuchaczowi z „Gravity Eyelids”. Wszystko musi być pod kontrolą. Na „Grace for Drowning” dotyczy to nawet wypadków.

Album stopniowo wycisza się i odpływa za horyzont. Zadedykowany został zmarłemu ojcu, Michaelowi George’owi Wilsonowi, „bez którego…”. Reszta niech pozostanie w domyśle. „Grace for Drowning” to album wymagający, ale i pozostawiający miejsce dla słuchacza, uchylający się od dosłowności. Zarówno nim, jak i „Insurgentes” oraz „The Incident”, Wilson wraca do 2001 roku. Albumy z pierwszej dekady XXI wieku – „In Absentia”, „Deadwing”, „Fear of the Blank Planet” – nawet jeśli zawierały łagodniejsze kompozycje, ich kształt pozostawał dość jednolity, czasem nawet jednostajny (tytułowa „Fear of the Blank Planet” powtarzała patent utworu otwierającego „Deadwing”, nudził już zwrotkowo-refrenowy charakter piosenek). Podlegał on bardzo rygorystycznej, naczelnej idei ciążącej nad Porcupine Tree widmem Opetha. Na „Grace for Drowning” odczuwa się swobodę. Słychać pomysły, które ledwie mieszczą się w granicach dwunastu kompozycji albumu. To mapa rozwijana we wszystkich kierunkach jednocześnie. Żaden nie jest mniej atrakcyjny od pozostałych. Zresztą mapę specjalnie postarzono, by wyglądała na pożółkłą i posiadała przetarte zagięcia, przypominające białe południki i zwrotniki, „utkane” w nieregularną siatkę – to styl Wilsona rozpoznawalny w każdej kompozycji. A jednak nasz przewodnik wydaje się już innym człowiekiem niż muzyk, który zapraszał nas w tę podróż. Nie, nie dotarliśmy do domu. Znajdujemy się w miejscu, poza którym…



Steven Wilson, „Grace for Drowning”
KScope, 2011


CD1:
1. Grace For Drowning (2.05)
2. Sectarian (7.41)
3. Deform to Form a Star (7.50)
4. No Part of Me (5.45)
5. Postcard (4.28)
6. Raider Prelude (2.23)
7. Remainder the Black Dog (9.26)

CD2:
1. Belle de Jour (2.59)
2. Index (4.48)
3. Track One (4.15)
4. Raider II (23.21)
5. Like Dust I Have Cleared From My Eye (8.00)