Tytułowa kompozycja jest nader skromna. Zaledwie cień przesuwający się pod powierzchnią wody. Głos i fortepian, wokalizy bez słów. Otwarcie utrzymuje w tajemnicy to, co nas czeka przez resztę 83-minutowego spaceru, a jest to podróż bardzo urozmaicona, także w rejony rzadziej przez Wilsona uczęszczane – jazz, trip-hopową elektronikę czy – paradoksalnie – współczesny art rock w formie uprawianej przez zespoły à la Dream Theater (występujący gościnnie Jordan Rudess gra jednak bardzo powściągliwie). Steven Wilson przestał tuszować przeszłość, kryjąc się za ścinaniem riffów i nu metalem. Dzięki remasteringowi klasycznego katalogu King Crimson odkrywa także przeszłość cudzą. Echa „Islands” czy „Lizard” słychać w „Remainder the Black Dog”, „Deform to Form a Star” czy sekcjach „Raider II” za sprawą instrumentów dętych – w tej roli Ben Castle i Theo Travis. Kompozycje z „Grace for Drowning” nie cierpią na nadmiar ambicji w pilnowaniu symetrii, domykaniu płyty klamrą czy podporządkowywaniu się pojedynczemu pomysłowi. To fontanny inwencji, płynące kaskadami genialnych rozwiązań. W niespełna 5-minutowych (u)tworach („Track One”, „Index”, „No Part of Me”), dzieje się więcej niż na całym „Fear of the Blank Planet”. To cały Wilson, który do suit i innych typowo „progresywnych” kompozycji podchodzi ostrożnie, a utwory rzadko kiedy trwają dłużej, niż powinny. W dzisiejszym prog rocku, zdominowanym przez Flower Kings czy Spock’s Beard, taka postawa należy do rzadkości.
Dysk pierwszy: Deform to Form a Star
Po wstępie, którego prawdopodobnie nawet nie zauważymy, trzeba ostrożnie stawiać kroki.
Dysk drugi: Like Dust I Have Cleared From My Eye
„Belle de Jour” lepiej ilustrowałaby opowiadanie z dreszczykiem niż film Buñuela. Trzyminutowej wiotkości, przesiąkniętej lekko upiorną autoharfą, nic nie napina. To raczej historia o duchach opowiedziana przez akustyczną gitarę z nylonowymi strunami, pobrzękujące pianino w zamkniętym dworku, w którym meble poprzykrywane są białymi prześcieradłami i kurzem. Melodia z pozytywki – przypomina sobie dziewczyna w wiktoriańskiej sukni i zatapia się w ścianie. Brak perwersyjnych skłonności, które charakteryzowały bohaterkę graną przez Catherine Deneuve, kompensują kolejne dwa eksperymenty na „Like Dust I Have Clearned From My Eye”. „Index” zbiera szczątki bojlera doprowadzonego przez „No Part of Me” do wrzenia. Beat nakładający się na werblową partię Mastelotto również sprawia wrażenie zsamplowanej czy podawanej przez automat perkusyjny jak w „Morning Bell” Radiohead. Gdzieś w oddali przewija się dramatyzm filmowej ścieżki dźwiękowej. Wojennym patosem dławi ona syntetycznie przetworzony głos, należący najpewniej do Hannibala Lectera lub jego ucznia – Buffalo Billa. „Jestem kolekcjonerem i nigdy mnie nie rozumiano”. Przerwanie transmisji, zakłócenia. Trawiaste wzniesienia kryją doliny wypełnione złomem, specjalnie dla tego utworu skompilowane z masy zebranego materiału dźwiękowego. Tekst ma nasuwać jednak inne skojarzenie – z „Kolekcjonerem kości”. On też preferował graciarnię ponad laboratorium. „Track One” zapowiada Syda Barretta, jednak już przed połową psuje się i rozwarstwia jak kotłownia wojennej maszyny, z której wraku ma się wyczołgać ostatni ocalały żołnierz. Gilmourowski motyw otoczony zostaje przez kołysankowy akompaniament Paula Simona z „Sound of Silence”. Tylko dwie gitary sunące po powierzchni wody. Nie zapowiada to jednak zaskoczenia, jakim jest „Raider II”. Olbrzymi, przerdzewiały kontener ukryty za drzewami. Nieprzystępny z żadnej strony, przetacza się po prostu przez głośniki. Zajmuje mu to 23 minuty. Ściany równo ciosane motywem granym przez cały zespół – bas Nicka Beggsa, gitarę Mike’a Outrama, chór pod batutą Dave’a Stewarta. Wejścia prowadzą do różnych pomieszczeń, jednak najlepiej nie zwiedzać ich po kolei, bo i tak nie składają się na płynną suitę. W pierwszym pomieszczeniu długo wybrzmiewające akordy majorowe na klawiszach. W drugim zagryzają się dwie bestie: tenorowy saksofon Davida Jacksona z VdGG i piszczałki McDonalda z „I Talk to the Wind” (4. minuta). Trzeci wypełnia poetycki slam między jazzowym wieczorkiem Mike’a Garsona, Grechuty i King Crimson circa 1973, przepędzonymi przez maniakalny crosspicking w stylu Roberta Frippa. Główny temat powraca, wymruczany przez Wilsona. Rock traci formę i roztapia się w synkopę, po czym jeszcze bardziej rozlewa w skwierczący ambient. Sample i tło niczym z „Piper at the Gates of Dawn” zapewniają, że koszmar już minął. Mylnie. Wtedy (18. minuta) powraca nasilające się jak nawałnica crimsonowskie crescendo, oczyszczając atmosferę przed atomowym rozpadem kody pomieszczonej w trzech ostatnich minutach. W sam raz dla pięknego, rozmarzonego zakończenia. Jeśli po całej eskapadzie i zagłębianiu się w bór, runo leśne, mokrą glebę… nagle natrafimy na polanę i skarpę z pięknym widokiem na morze, znaczy to, że jesteśmy w finałowej kompozycji z „Grace for Drowning”. Niezobowiązująca solówka podkreśla utwór. W „Like Dust I Have Cleared From My Eye” wyczuć można podobieństwo do „Fadeaway”, ale tylko w wypadku, gdyby nagrali je David Gilmour i Oceansize. Bez wyciskania łez tym razem. W tle odzywają się bas Tony’ego Levina i melotronowy chór, znany słuchaczowi z „Gravity Eyelids”. Wszystko musi być pod kontrolą. Na „Grace for Drowning” dotyczy to nawet wypadków.
Album stopniowo wycisza się i odpływa za horyzont. Zadedykowany został zmarłemu ojcu, Michaelowi George’owi Wilsonowi, „bez którego…”. Reszta niech pozostanie w domyśle. „Grace for Drowning” to album wymagający, ale i pozostawiający miejsce dla słuchacza, uchylający się od dosłowności. Zarówno nim, jak i „Insurgentes” oraz „The Incident”, Wilson wraca do 2001 roku. Albumy z pierwszej dekady XXI wieku – „In Absentia”, „Deadwing”, „Fear of the Blank Planet” – nawet jeśli zawierały łagodniejsze kompozycje, ich kształt pozostawał dość jednolity, czasem nawet jednostajny (tytułowa „Fear of the Blank Planet” powtarzała patent utworu otwierającego „Deadwing”, nudził już zwrotkowo-refrenowy charakter piosenek). Podlegał on bardzo rygorystycznej, naczelnej idei ciążącej nad Porcupine Tree widmem Opetha. Na „Grace for Drowning” odczuwa się swobodę. Słychać pomysły, które ledwie mieszczą się w granicach dwunastu kompozycji albumu. To mapa rozwijana we wszystkich kierunkach jednocześnie. Żaden nie jest mniej atrakcyjny od pozostałych. Zresztą mapę specjalnie postarzono, by wyglądała na pożółkłą i posiadała przetarte zagięcia, przypominające białe południki i zwrotniki, „utkane” w nieregularną siatkę – to styl Wilsona rozpoznawalny w każdej kompozycji. A jednak nasz przewodnik wydaje się już innym człowiekiem niż muzyk, który zapraszał nas w tę podróż. Nie, nie dotarliśmy do domu. Znajdujemy się w miejscu, poza którym…
Steven Wilson, „Grace for Drowning”
KScope, 2011

CD1:
1. Grace For Drowning (2.05)
2. Sectarian (7.41)
3. Deform to Form a Star (7.50)
4. No Part of Me (5.45)
5. Postcard (4.28)
6. Raider Prelude (2.23)
7. Remainder the Black Dog (9.26)
CD2:
1. Belle de Jour (2.59)
2. Index (4.48)
3. Track One (4.15)
4. Raider II (23.21)
5. Like Dust I Have Cleared From My Eye (8.00)