Wojciech Żurek: Szukając w internecie informacji na temat zespołu Generał Stilwell, bardzo często trafiałem na określenia typu „legendarny”, „kultowy” etc. Jak sam odbierasz tego typu opinię na swój temat? Czy masz poczucie, że Ty i Twój zespół byliście inspiracją dla wielu obecnie grających grup?

Marek Jałowiecki:
Słowa służą do określania tak wielu różnych rzeczy... Kiedy sięgam pamięcią wstecz, do momentu, w którym to wszystko się zaczęło, bywa, że targają mną różne sprzeczne uczucia. Z jednej strony była kusząca zachcianka, by grać coś, czego w Polsce wtedy jeszcze nie słuchano zbyt namiętnie, z drugiej strony miałem jednak świadomość trudności z dotarciem do słuchacza. Był rok 1987, Generał miał już swój własny materiał i rozpoczął się proces kształtowania stylu (tego wczesnego). Ludzie przychodzący na nasze występy znali zespoły punkowe i trochę nowej fali. Wytwórnia Creation była im obca, Jesus and Mary Chain nieznany, a o zespole The Go-Betweens nawet nie śnili. No a my tu wyskakujemy z czymś takim. Zaczęła się zabawa , która trwała siedem lat i przyniosła wiele osobistej satysfakcji, ale nie pozwoliła nam zrealizować marzeń związanych z muzyką. Nie trafiliśmy w czas. Nie byliśmy dostatecznie zdeterminowani. Przydomek kultowy pojawił się znacznie później, wtedy, kiedy grupa Myslovitz odniosła wielki sukces i pojawili się fani niezależnego popu w naszym kraju. Szczerze mówiąc tego typu określenia nie przeszkadzają mi. Nie sądzę, że byliśmy bezpośrednią inspiracją dla grup późniejszych. Przecież trudno jest dotrzeć do jakichkolwiek nagrań Generała. Z drugiej strony młodzież kupiła gitary, kiedy usłyszała i zobaczyła styl Myslovitz, który pojawił się po Generale, którego członkowie niejednokrotnie podkreślali, że nas lubili (he he he).


Jakiś czas temu reaktywowałeś Generała Stilwella.
Co skłoniło Cię do tej decyzji i jakie są Wasze najbliższe plany z tym związane? Możemy liczyć, że wydacie płytę?


Kiedy w 2007 roku Artur Rojek wymyślił reaktywację Generała i zaproponował występ na Off Festiwalu, dogadanie się z kolegami z zespołu trwało nie dłużej niż 10 minut. Wszyscy tego chcieliśmy. Rozpoczęły się próby, które okazały się cudownie spędzanym czasem w gronie starych przyjaciół. Uświadomiliśmy sobie, że ten zespół zaistniał na nowo bogatszy o te doświadczenia, z powiedzmy 15 minionych lat. W dniu koncertu na Offie byliśmy bardzo szczęśliwymi ludźmi i wtedy pojawił się też w mojej głowie zalążek myśli – „ A może by tak spróbować podziałać więcej z nowymi piosenkami”?. Festiwal się skończył , koledzy pojechali do domu, a ja pracowałem z Ladislavem. W 2010 byłem już pewien, że reaktywacja Generała jest nieunikniona. Zapragnąłem stworzyć coś na miarę The Orchids po polsku. Chodzi mi o ten specyficzny, stylowy klimat powrotów niektórych undergroundowych kapel sprzed lat. Uwielbiam te sytuacje, natrafiam na informacje o nich, śledząc świat muzyki popularnej i to mnie zawsze ekscytuje. Poza tym w czasach, kiedy byliśmy bardzo młodzi nie nagraliśmy płyty z przyczyn oczywistych dla wszystkich, którzy te czasy pamiętają albo o tych czasach czytają. Teraz już można. Generał zasługuje na longplay (tak myślę). Mamy już dużą część materiału na ten krążek i zaczynamy nagrywanie we wrześniu. To się musi udać!!!

Zawsze byłeś kojarzony ze śląską sceną, która przez ostatnie lata dość mocno się rozwinęła. Z samych Mysłowic, gdzie mieszkasz pochodzi kilka znaczących grup. Co Twoim zdaniem miało i ma największy wpływ na ten rozwój?


Oczywiście kariera zespołu Myslovitz. Panowie z tego zespołu udowodnili, że można grać swoją ulubioną muzykę i odnieść sukces. Innych powodów nie znam. Niektórzy z muzyków nie znają się na muzyce, to pewne. Wiedzą natomiast, jak można próbować odnieść sukces wyglądając i wybijając równo rytm w sposób „alternatywny”.

Jak z perspektywy ponad dwudziestu lat Twojej muzycznej działalności oceniasz polską scenę alternatywną? Co się według Ciebie zmieniło?

Zmieniło się bardzo wiele. Przede wszystkim dzięki dostępowi do zagranicznych wzorów polscy artyści poszerzyli swoje horyzonty. Już nie mamy tylko punka, reggae, bądź punka-reggae. Dzieje się jednak wiele ciekawych rzeczy, które mnie zupełnie nie ciekawią. To okropne, ale słabo znam polską muzykę. Cały swój czas poświęcam muzyce z zagranicy, która jest inspirująca i oryginalna. Skąd wiem, że dzieje się wiele ciekawych rzeczy? Koledzy mówią. Nie, nie wymyśliłem tego z grzeczności. A może mam na myśli Tymona i Tranzystory? Zmieniło się wszystko. Pojawiły się wytwórnie, które wydają niszowe produkcje. I wreszcie są fani tej muzyki, więc jest dla kogo się wysilać.

Wiem, że jesteś posiadaczem gigantycznej kolekcji płyt. Po które z nich sięgasz najczęściej?


Lubię naprawdę wielu artystów. Albumy z ich muzyką traktuję jak dzieła sztuki. Takie płyty jak „16 Lovers Lane” zespołu The Go- Betweens czy „Skylarking” XTC albo „Starfish” The Church od wielu lat powracają i wywołują jakiś rodzaj tęsknoty. Nie odpoczywają też w moim domu tacy wykonawcy jak: The Fall, Lloyd Cole, Robyn Hitchcock, Lou Reed i setki innych staroci. Lubię też całą plejadę współczesnych zespołów, takich jak The Ladybug Transistor, Kingsbury Manx, The Shins, Sea and Cake czy Lambchop. Oprócz tego ostatnimi laty odzywają się duchy bardzo wczesne, z którymi podróżuję po cudownym świecie muzyki progresywnej.

Przez ostatnie kilka lat udzielałeś się też w innych zespołach/projektach. Wymienić można choćby Delons, Ladislav.. Czy po reaktywacji Generała masz czas na zajmowanie się innymi muzycznymi projektami?

Delons to chyba najbardziej znane moje przedsięwzięcie. Powstała płyta wydana przez dużą wytwórnię. To był dobry czas, pełen doświadczeń. Ladislav to zespół, z którym nagrałem album „Słowa o smaku wody”. Na razie nikt tego nie wydał. Obydwa projekty, jak to dzisiaj się nazywa, obecnie nie działają. Ladislav może kiedyś wróci, Delons nie. Obecnie skupiłem się na spotkaniach towarzyskich z kolegami z Generała Stilwella.

Na co dzień pracujesz w przedszkolu i z tego co wiem, co jakiś czas organizujesz w nim koncerty, podczas których sam grasz lub zapraszasz zaprzyjaźnione zespoły. Skąd taki pomysł i jak dzieciaki reagują na Twoją muzykę?


Pomysł powstał zupełnie naturalnie. W przedszkolu przebywam codziennie kilka godzin i postanowiłem pokazać w tym miejscu odrobinę mojej pasji. Koncerty odbywają się w godzinach wieczornych i może wtedy wejść każdy, kto ma na to ochotę. Dzieci nie pojawiają się tłumnie, więc trudno mówić o jakimś konkretnym odbiorze najmłodszych. Te, które przychodzą , reagują spontanicznie, a efektem tego jest późniejsze wycinanie gitar i wzmacniaczy z papieru na zajęciach. W ogóle muzyka pop jest świetnie przyjmowana przez dzieci, problem tylko w tym ,że na co dzień słyszą bardzo złą muzykę, płynącą z telewizji i radia.

Serdeczne dzięki za wywiad. Ostatnie słowo należy do Ciebie.

I co zrobić z tym ostatnim słowem... Dziękuję za zainteresowanie.