Chwile przed adolescencją Chłopca, Który Przeżył to można nazwać czasem zadumy i podsumowań. Tagline ostatniej, 7.2 części cyklu głosi: Wszystko ma swój koniec. Dla Harry'ego to nawet dobrze, bo jak wiemy, jego dziecięctwo to okres zgoła mroczny. Lecz nim nadejdzie „druga część epickiego finału” (tym razem mój najulubieńszy epitet pełni tu funkcję cytatu) rzućmy okiem w niedaleką przeszłość. Czerwiec roku 2011 był to czerwiec wyjątkowo (i teraz naturalnie, i bynajmniej nie w ramach cytatu, musi pojawić się słowo, na które wszyscy czekają) EPICKI. Ale tym razem na tym słowie, choć zazwyczaj oddaje pełnię, się nie kończy. Za nim bowiem żwawo i w podskokach podbiega inny przymiotnik. MŁODY. Skojarzenie go z czerwcem nie kończy się na młodych marchewkach, młodych ziemniakach i młodej kapuście, choć one w zwyczaju mają lądowanie na straganach w początkach czerwca, choć chwała im za to. Wiadomo, że chodzi o kino i jego okolice. Było młodo, młodzieżowo, młodocianie od początku do końca. Miesiąc rozpoczął przedziwnie odmłodzony i odświeżony Festiwal Filmowy w Gdyni. W międzyczasie nadeszły czerwcowe premiery. W kinach królowały filmy z młodością w tle albo na pierwszym planie, z młodymi bohaterkami i bohaterami, młodymi (przynajmniej duchem) twórcami. Wśród nich trzy: X-Men: Pierwsza Klasa, Super 8 oraz Hanna pozwalają zadać zagadkę: Czym się różnił tegoroczny czerwiec od Mistrza z prozy Świetlickiego? Ani nie utył, ani nie posiwiał, ani nie spuchł, ani nie zdziadział.
X-Men: Pierwsza Klasa, reż. Matthew Vaughn (rocznik 1971).
W przypadku nowych, młodych X-menów określenie „udany film” brzmi jak wymuszony komplement, jak nazwanie kogoś za kim nie przepadasz „osobą sympatyczną”. X-men: Pierwsza klasa jest, nie zawaham się użyć tego słowa, doskonały, świetny, to po prostu najlepszy kumpel. To film, jak to się mawia na śląsku erszte klase, w wolnym tłumaczeniu na ogólnopolski – pierwszoklaśny.
Wracamy to korzeni (liczne serie komiksowe badające genezę superbohaterów noszą w tej sytuacji podtytuł Origins) i poznajemy pierwszych Mutantów. Pierwszy, rzecz jasna pojawia się młody Magneto. Klasyczna scena w obozie puszczająca oko do singerowskiej jedynki to chwila, w której Vaughn zdaje się mówić: „Tak, znam filmy Singera (i trójkę Bretta Ratnera), są super, ale nie mam zamiaru iść w tę stronę. Mam coś lepszego. Mam Kevina Bacona w roli szwarccharakteru! I kazałem mu mówić po niemiecku! Ha!” Oj tak, Vaughn ma Bacona, i, jak to się mówi, nie zawaha się go użyć. Tymczasem Magneto staje się Michaelem Fassbenderem, a nieokreślonego bogatego dzieciaka Charliego Xaviera zastępuje James McAvoy. Nie do końca wiem jak to opisać, by choć w przybliżeniu oddać magię, chemię, iskrzenie, niewyrażalne porozumienie jakie ci dwaj osiągają wcielając się w swoje postacie. To przyjaciele w wiecznym konflikcie, wrogowie w wiecznej przyjaźni. Są szczerzy, autentyczni, wierzymy im. Pozostaje się cieszyć, że Danny Boyle chce ich zetknąć w swoim kolejnym filmie.
Pozostali są młodzi i zmutowani są świeży i nie opierzeni (no może za wyjątkiem Raven/Jennifer Lawrence i jej błękitnych łusko-piórek) i muszą nauczyć się opanowywać swoje supermoce. Pojawia się tu kilku znajomych – Beast to Nicholas Hoult, czyli Tony z serialu Skins, Jeniffer Lawrence to przyszła Katniss Everdeen z Hunger Games, jest też Laurent z Sagi Zmierzch. Mój osobisty faworyt to Banshee (Caleb Landry Jones), rudawy i piegowaty, jak młodszy brat Fassbendera i McAvoya, ma w sobie coś z Rona Weasleya. A nikt mi nie powie, że mieć w sobie coś z Rona nie jest najzwyczajniej super. W drugim narożniku oprócz wiecznie młodego Sebastiana Shawa („Pochłaniam energię, to mnie odmładza”), główną atrakcję stanowi Emma Frost. January Jones w dekoracjach „z epoki” czuje się jak u siebie w domu, widać, że w podobnych planach spędziła 4 serie Mad Men.
Wiemy kto, pozostaje: co i jak. To czasy Zimnej Wojny, oprócz Sebastiana Shawa, który pociąga za sznurki Pierwsza klasa ukazuje regularny konflikt ZSRR-USA z całym dobrodziejstwem CIA-FBI-KGB-inwentarza. Przebitki z telewizji, gdzie JFK przemawia o nadciągającym zagrożeniu nuklearnym (konflikt w Zatoce Świń to kontekst przestrzenny i czasowy), a przede wszystkim zupełnie oldschoolowe podpisy w stylu Moskwa. Rosja towarzyszące widokowi Kremla czy wizualizacje w postaci map z trajektoriami pocisków nadają całości odpowiednią patynę. Świetna sekwencja szkoleń, z montażem rodem z brytyjskiej telewizji lat 70. - ekran podzielony na przesuwające się moduły, dynamiczna muzyka, wszyscy modnie uczesani- – podkręca te retro-atrakcje. Jest staro i młodo zarazem, tradycyjnie i nowocześnie, młodzieżowo i świadomie. Jedną z miliona zalet jest również to, że na tej pierwszej lekcji z X-Menów nie wymagane są prerekwizyty w postaci serii Singera-Ratnera. Zatem, lato latem, ale to już ostatni dzwonek, więc do Klasy! Nieobecności nie będą usprawiedliwiane!
Super 8, reż. J.J. Abrams (rocznik 1966),
produkcja Steven Spielberg (rocznik 1946).
To, że J.J. Abrams chodził na korepetycje do Stevena Spielberga nie stanowi dla nikogo tajemnicy. Spielbergowi do twarzy w roli mentora, a zarazem $piritu$ moven$ produkcji młodszych kolegów (czytaj: producenta u Abramsa, i u Baya). I jedno, i drugie widać w Super 8. Ale choć to nie jest nowe Goonies czy E.T., choć niektórzy chętnie, a zapewne najchętniej sam Abrams, by je ustawili w tej pozycji, nie odbieramy tego jako wady. To nie popłuczyny po klasykach młodej przygody lat 80., a raczej nostalgiczny eksperyment. Jego celem jest przetestowanie u widza przepustowości mentalnego łącza z własnym wewnętrznym 14-latkiem. Zarówno Abrams jak i Spielberg kontakt ze swym intro-dzieckiem mają doskonały. Ja w sumie też nie narzekam. A wy?
Super 8 to film o robieniu filmu na taśmie super-8, prosta sprawa. Każdy film potrzebuje filmowej ekipy (choć w biznesie są tak ostrzy zawodnicy jak Tommy Wiseau, twórca kultowego The Room, człowiek-ekipa filmowa). Bohater musi być zatem zbiorowy. To ekipa młodocianych miłośników filmu, którzy po szkole albo po nocy spotykają się, nie po to, żeby ponucić przeboje lat 70., ale by wspólnie kręcić film. Idą wakacje, co nie dziwi, nikt nie chce wyjeżdżać na żaden kurs językowy, obóz wędrowny czy pod inne namioty, bo mamo, tato, musimy skończyć nasz film!
Na planie role są jasno rozpisane. Najmniej cherlawy z chłopców, Martin, gra główną rolę, amanta-detektywa na tropie zombie. Preston to dyżurny statysta, Cary – kamerzysta i człowiek od wybuchów, w filmie-w-filmie wcielający się w nieumarłego to młodociana wersja Michaela „widzieliście te eksplozje?!” Baya (zasługuje na osobny tekst, zaklepuję ten temat!©). Do ekipy dołącza też Alice (młodsza z sióstr Fanning, Elle) i to od razu w roli Wielkiej Aktorki, i niech nikt nie doszukuje się tu przekąsu, bo go nie znajdzie. Rolę swoją Elle gra naprawdę świetnie, a równie świetnie gra też rolę Alice grającej żonę detektywa (tak właśnie). Patrząc na nią miewam problemy z oddzieleniem Elle-Elle od Elle-postaci. Takie dzieciaki w kinie pojawiają się raz na dekadę. Sympatyczny (nie w tym sensie opisywanym wyżej, ale naprawdę sympatyczny, taki, z którym chciałoby się przybić piątkę i być w tej samej drużynie w podchodach albo jechać na kolonie) Joe to w tym świecie primus inter pares, chłopiec na którym koncentruje się historia. Przy produkcji odpowiada za charakteryzację, efekty dźwiękowe i efekty specjalne. Kim byłby w prawdziwym życiu? Relacja, jaka łączy go z maitre en scene produkcji Charlesem, który zrealizowany z kumplami film chce zgłosić na konkurs ostatecznie rozwiewa wątpliwości. Joe to J.J. Abrams, a Charlie to figura spielbergowska. Ma pełną wizję artystyczną, chce sprawować kontrolę nad całością produkcji, jest trochę apodyktyczny, ale nikt nie wkłada w pracę tyle serca co on i potrafi porwać za sobą innych. Scena, która ostatecznie wlewa beton w fundamenty zarysowanej metafory, to moment przekazania kontroli nad sytuacją/filmem/światem. Z ust Charliego padają tu pamiętne słowa: „Dalej dasz sobie radę beze mnie”.
Oprócz filmu w filmie w Super 8 mam też do czynienia z Tajemniczym Czymś Porywającym Szeryfów, Kuchenki Mikrofalowe i Wyganiającym z Miasta Psy, czyli niechybnie Kosmitą. Jest też skrywana przez wojsko i rząd Super Tajna Operacja. To późne lata 70., już po Wietnamie (wspomnianym nawet w filmie Charlesa, jako czasy, o których nie chce się mówić), już po Zimnej Wojnie w jej najbardziej mroźnej formie. To idealny czas, by osadzić w nim historię dojrzewania. Joe stracił matkę, trauma tego wydarzenia kroczy za nim, rzutuje też na trudne relacje z ojcem. Jednak obydwaj muszą stać się bohaterami i ocalić nie tylko siebie nawzajem, ale też ten mały świat prowincjonalnego miasteczka w Ohio, gdzie mieszkają. Podsumowując: klasyka.
Piękne to wszystko jest również na poziomie wizualnym. Podobnie jak w przypadku X-menów nikt nie wpadł na to, by wpakować tę nasto-nostalgię (mam tu na myśli teen nostalgy) w 3D. Tym razem efekty świetlne, wszelkie niedoświetlenia, prześwietlenia i pobłyski oraz grube ziarno, mocne przejścia między scenami, zdają się mówić „taśma filmowa istnieje”. Nie jest aż tak nachalnie jak w Grindhouse, bo nie jest tak ironicznie. To przede wszystkim wielka filmowa fantazja, a z taką fantazją idzie raczej wiara, nadzieja i pełna miłości gra z konwencją, niż sarkazm, ironia i z konwencją gra ironiczna. Oprócz trzech cnót boskich z Super 8 przychodzą również mała obawa i odrobina smutku. To ta sama obawa, którą wywoływał Scott Pilgrim kontra Świat - czy aby ci, do których docelowo film miałby być skierowany, czyli tak zwana młodzież, załapią ową konwencję, skoro mocno nawiązuje ona do filmowych klimatów sprzed ich urodzenia? Oby. A smuteczek: że też ten film nie powstał kiedy miałam 14 lat. Pozostaje zawołać wewnętrzne dziecko, dobrze, że stacjonuje niedaleko.
Hanna, reż. Joe Wright (rocznik 1972).
Chcecie bajki? Oto bajka. A raczej baśń. I to nie byle jaka. Gdyby Bracia Grimm żyli dzisiaj, zagryzaliby pięść z bezsilnej zazdrości, że też ktoś ich konwencję tak doskonale potrafił przenieść na ekran. Pierre Péju swoją niezwykle ciekawą inną (czytaj: niż u Bruna Bettelheima, który ostro idzie w psychoanalizę freudowską) teorię odczytywania baśni zatytułował, nomen omen Dziewczynka w zaczarowanym lesie. Hanna (Saoirse Ronan) JEST tą dziewczynką, tyle że w zaczarowanej, zimowej tajdze. Podejmuje wszelkie baśniowe aktywności, a wśród nich chyba tę najbardziej godną pozazdroszczenia, a przynajmniej dla tych czytelniczek (przepraszam, panowie) Thorgala, które oddałyby wiele, by być jak Kriss de Valnor. Uczy się strzelać z łuku na tyle dobrze, że serca pędzącego jelenia chybia tylko o centymetry. Kriss oczywiście nie chybiała, ale przymknijmy na to oko. Baśniowość życia Hanny przejawia się również w tym, że toczy się ono poza czasem. Za źródło informacji wszelkich służy jej Wielka Księga (jednotomowy leksykon) oraz głos ojca (Eric Bana), nie zna świata, nie zna innych ludzi. Za to zna wiele języków, doskonale walczy, ma niesamowite zdolności adaptacyjne, jest silna jak dorosły i pewnie ma jeszcze jakieś inne moce, których nie prezentuje nam w ciągu pierwszych pięciu minut. Zasady adaptuj się albo giń, śpij z jednym okiem otwartym, bądź gotowa – brzmi znajomo? Skojarzenie z Ciri z Cintry, wiedźminką Sapkowskiego nie jest tu nie na miejscu.
W pewnej chwili Hanna dowiaduje się, że prawdziwy świat poza lasem istnieje, a wraz z nim Czarownica – Marissa Wiegler (Cate Blanchett), która zjada dzieci takie jak ona na śniadanie (wpierw naprawdę gruntownie, bo aż o krwi, szorując swe kły). Musi podjąć wyzwanie i odejść ku światu, ocaleć w zderzeniu z nim, i ponownie spotkać się z ojcem, och, czyż to nie wspaniałe, w domu Jacoba Grimma w Berlinie. Dopiero gdy Hanna odejdzie (a raczej zostanie wywieziona) zaczyna się Podróż Bohatera, której ścieżkę dźwiękową skomponowali Nieustraszeni Chemical Brothers. Bo tak właśnie, ramy fabularne Hanny jako żywo realizują etapy monomitycznej podróży bohatera zarysowanej przez Josepha Campbella. Te odwołania do teorii mają tu sens, bo Hanna naprawdę sprawnie korzysta z utartych konwencji, podając je w teledyskowej formie i okraszając atrakcyjnymi gadżetami – jak postacie ścigających Hannę skinów i ich szefa w pastelowym dresiku (fenomenalny Tom Hollander). Znowu przypomina się Péju, który pisał, że moc baśni nie tkwi w jej zakończeniu, ciągłości fabularnej, owym arch'u historii. Najbardziej magiczne są w baśni momenty, te do których można wracać, które można powtarzać. I tak jest też w Hannie – tu raczej poszczególne „pamiętne” sceny niż fabuła jako taka wgrywają się na twardy dysk i stają się nieusuwalnymi plikami tylko do odczytu, że tak pozwolę sobie na mocną metaforę. I chodzi mi tu zarówno o pojedyncze ujęcia i obrazy – wyjście Wiegler z głowy wilka obecnie wyprzedza na mojej liście „momentów” scenę z koniem wijącym pajęczynę w, a jakże, Nieustraszonych Braciach Grimm Terry'ego Gilliama – jak i całe sceny – jak spotkanie z Coca Colą na pustyni czy scena walki ze skinami na placu zabaw gdzieś w post-NRD-owskim Berlinie Wschodnim.
Hanna, czyli dynamika, chciałoby się rzec. Z tej perspektywy cieszy również wątek brytyjskiej nowoczesnej rodziny, mimo że spotkanie z nią trwa zdecydowanie za długo i spowalnia Hannę w biegu. Ale jak wiemy chociażby z Władcy Pierścieni, retardacje w wielkiej opowieści są potrzebne. Wszyscy bohaterzy w czasie swej Podróży muszą nawiązać jakieś relacje, zdobyć przyjaciół, i za ich pośrednictwem poznać życie i zrozumieć, jaki cel ma ich wędrówka. Klasycznie jest nim poznanie prawdy o samym sobie. I tu Hanna również pozostaje tradycyjnie nowoczesną opowieścią o dojrzewaniu bohatera, tyle że w rytmie Block Rockin' Beats. Takie czasy.
Te trzy młode, świeże i dynamiczne czerwcowe filmy nadal w kinach, choć już niedługo, bo oto lipiec ze swą inauguracją w postaci Tygodnia Motoryzacji. Na ekrany wjeżdżają już bowiem ogromne (Transformers 3 Dark of Moon) i trochę mniejsze samochody (Auta 2). Potem znowu zapewne-to-inwazja-kosmitów w Strefie X, a już 15 lipca Harry Potter i Insygnia Śmierci. Potem przyjedzie kolejny turnus, rozpocznie się sierpień, a z nim na ekrany wejdą kolejne letnie superprodukcje (Green Lantern, Kowboje i Kosmici, Kapitan Ameryka). Wiecie jakie to będzie lato? Jasne, że wiecie. To będzie EPICKIE lato. O żadnym zdziadzieniu, posiwieniu, spuchnięciu i utyciu nie ma mowy.
Kaja Klimek - rocznik 84, pochodzi z Tarnowskich Gór. W KPSC UJ przygotowuje pracę doktorską na temat remiksu w kulturze popularnej. Tłumaczka filmów i książek. W 2011 roku wyróżniona w konkursie dla młodych krytyków filmowych im. Krzysztofa Mętraka. Lubi plastikową biżuterię i serial Moda na sukces. Oraz Nicolasa Cage'a.
X-Men: Pierwsza klasa / X-Men: First Class,
premiera polska: 3 czerwca 2011, USA: tak samo.
reżyseria Matthew Vaughn
scenariusz: Zack Stentz
występują: Michael Fassbender, James McAvoy, Kevin Bacon, Jennifer Lawrence Rose Byrne i inni.
Imperial-Cinepix
Super 8
premiera polska: 17 czerwca, USA: 10 czerwca.
reżyseria: J.J. Abrams
scenariusz: J.J. Abrams
występują: Joey Courtney, Kyle Chandler, Elle Fanning, Noah Emmerich i inni.
UIP
Hanna
premiera polska: 8 czerwca, USA: 8 kwietnia
reżyseria: Joe Wright
scenariusz: Seth Lochhead, David Farr.
występują: Siaroese Rohan, Eric Bana, Cate Blanchett,Tom Hollander i inni.
UIP
Za seanse dziękujemy Cinema City Kraków

05.07.2011 16:12 | Marcin:
o, też skojarzyła mi się postać Hanny z Ciri, coś w tym jest.