Jest to historia stara i niezmiennie popularna – telenowela w odcinkach o fragmencie i całości, otwartości i tym, co skończone. Po jednej stronie barykady staje autorytatywny autor, ojciec, rozdawca sensów ze swoją skończoną, zamkniętą kompozycją, po drugiej ustawia się tekstualny partyzant, entuzjasta fragmentu, awangardowy eksperymentator. Ten drugi chce pokazać, że wszystko jest konwencją, że całościowość to okrutny przymus narzucony fragmentarycznej naturze życia i myślenia. Jako urodzony anarchista nie chce panować nad swoim czytelnikiem, ale dać mu prawo do współtworzenia – on także będzie teraz prawie-artystą, będzie mógł uzupełniać i przestawiać, nadawać własny porządek, dopisywać i modyfikować. To historia Sterna i romantycznych fragmentarystów, Mallarmégo, dadaistów, Barthes’a, Eco czy Derridy.

Bolter opowiada ją po raz kolejny. Tym razem osobami dramatu są pisarz rodem z galaktyki Gutenberga oraz hipertekstowy eksperymentator, dziecko późnej epoki druku, do głębi przejęte postmodernistyczną metaforą sieci, ideałem nieskończonej wielości odczytań i realizacji tekstu. Kolejni ważni bohaterowie to rozmaite historyczne sposoby reprodukcji informacji – technologie pisania: papirusowy zwój, manuskrypt, książka drukowana, czy wreszcie hipertekst. Tytułowa remediacja to subtelny i długotrwały proces renegocjacji zachodzący między starymi i nowymi technologiami. Nie jest to rewolucja i proste następstwo, ale rodzaj wielopłaszczyznowego ustalania nowej równowagi, w którym młodsze medium uznaje oraz przejmuje cechy starszego i przetwarza je. To raczej pełen napięć dialog niż nagły zwrot. Bolter opisuje różnorodne aspekty tego procesu – materialne, techniczne, społeczne czy psychologiczne. Głównymi bohaterem są tu oczywiście media elektroniczne, które przedmiotem remediacji czynią nie tylko tekst drukowany, ale też kino, teledysk, rękopis czy nawet glinianą tabliczkę. Wszystkie one są pewną przestrzenią pisma – konkretnym polem wizualnym i materialnym określanym zarówno przez aktualnie dostępne środki techniczne, jak i wybory i praktyki danej kultury. Przestrzeń pisma nie jest tylko efektem rozwoju środków produkcji, ale raczej czymś, co stanowi wyraz charakteru danej epoki – jej wartości i potrzeb wspólnoty czytelniczej.

Książka Boltera powstała w 1991 roku, choć omawiane tu polskie tłumaczenie oparte jest na wydaniu o dziesięć lat późniejszym.
Rodzi to naturalne podejrzenie, że jest mocno nieaktualna. Cóż może powiedzieć nam o nowych mediach ktoś, kto nigdy nie widział memu, nie miał konta na Facebooku i nie korzystał z YouTube’a? Mimo wszystko sądzę, że struktury i mechanizmy, które omawia amerykański teoretyk, mają charakter na tyle fundamentalny, że tekst ciągle może być interesujący.

Pisząc o „kulturze sieci”, Bolter daje wyraz przeświadczeniu o istnieniu głębokiej strukturalnej jedności pomiędzy formułą współczesnego życia a przestrzenią pisma, jaką jest hipertekst. Jest on nie tylko spełnionym snem modernistycznych eksperymentatorów o tekście wymykającym się ograniczeniom tradycyjnych konwencji literackich, ale i podstawą nowej metaforyki, oddającej zarówno anty-kartezjański model współczesnej tożsamości i charakter więzi społecznych, jak też na przykład sposób funkcjonowania naszego umysłu. Te konstatacje zapewne trudno dziś uważać za szczególnie oryginalne. Z drugiej strony uderza konsekwencja, z jaką autor wykazuje wagę, którą dla określonych formacji społecznych i kulturowych miała rozpowszechniona w nich formuła pisma – jak mocno je kształtowała i do jakiego stopnia wynikała z ich rozmaitych uwarunkowań. Zwrócenie uwagi na tę pozorną oczywistość i jej rozmaite niedostrzegane zazwyczaj implikacje to jeden z podstawowych walorów tej książki.

Z pewnością tekst Boltera nie zaskoczy tych, którzy z problematyką nowych mediów są już dobrze zaznajomieni. Autor skrupulatnie omawia wszelkie antycypacje hipertekstu obecne w kulturze druku, ale też w formacjach wcześniejszych (zdarza mu się odwoływać do Homera). Otrzymujemy skrócony opis rozmaitych modeli czytania, eksperymentów poszczególnych awangard czy odkrywczych intuicji teoretyków sprzed epoki Internetu. Jako przewodnik po historii mediów książka jest ciekawą propozycją raczej dla kogoś, kto dopiero zapoznaje się z tymi zagadnieniami, niż specjalisty poszukującego nowych inspiracji.

Uderza ogromna precyzja, z jaką Bolter analizuje nieomal każdy aspekt sieciowej rzeczywistości. Książka jest w pewnym sensie summą (kompendium? podręcznikiem?) i ta formuła stawia w nieco innym świetle ogólność pomieszczonych w niej historycznych analiz. Można odnieść wrażenie, że celem autora było zasygnalizowanie wszelkich możliwych antropologicznych filozoficznych i społecznych problemów związanych z omawianą problematyką.

Warto może dodać, że Bolterowi trzeba dać trochę czasu. Na przestrzeni pierwszych kilkudziesięciu stron jego wywody sprawiają wrażenie powierzchownej rekapitulacji powszechnie znanych faktów i na tym etapie lektury zastanawiałam się, na czym właściwie polega fenomen tej książki. Potem jest już zdecydowanie lepiej. Moim zdaniem Bolter najlepiej sprawdza się jako analityk konkretnych fenomenów sieciowych i dopiero gdy omawia określony typ gier fabularnych lub konkretną powieść hipertekstową, daje się poznać jako specjalista i subtelny interpretator.

W tekście odnaleźć też można pewne urocze niuanse. Badacz, jak się zdaje, mocno wziął sobie do serca postmodernistyczną niechęć do opresywnych struktur języka. W polskim tłumaczeniu przejawem tego (skromnym, ale zawsze) jest wymienne stosowanie słów „autor” i „autorka”, „czytelnik” i „czytelniczka”. To niby drobiazg, ale cieszy i – niestety – ciągle jeszcze zaskakuje.

Bolter pisze w sposób niezwykle, jak na współczesnego teoretyka, komunikatywny. Wszelkie wprowadzone przez niego pojęcia zostają precyzyjnie zdefiniowane, a język ciąży ku przezroczystości, co znakomicie wpływa na komfort lektury.
    
Zasygnalizowany na wstępie, z pozoru raczej marginalny, problem linearności tekstów o hipertekście wydaje mi się jednak kluczowy. W jakimś sensie streszcza w sobie wszystko to, co łączy się z ciągle jeszcze mocną pozycją druku i związanych z nim form tekstowych. Hipertekst w ujęciu Boltera to piękna, wielokierunkowa, wielogłosowa przestrzeń – przestrzeń nacechowana etycznie, miejsce, w którym pisarz, oferując czytelnikowi udział w urzeczywistnianiu tych struktur, oddał tym samym część odpowiedzialności tradycyjnie przypadającej autorowi. Amerykański badacz wierzy we współdziałanie, dialog i bezpośrednią komunikację, w otwartość i wielość, które ucieleśnia hipertekst. Trudno nie przyznać mu racji, ale trudno również zapomnieć o kilku innych kwestiach.

Za każdym razem, gdy czytam o nowatorskich projektach wciągnięcia czytelnika w akt twórczy, przypomina mi się „maszyna do mieszkania” Le Corbusiera. Była to przestrzeń idealna, przestrzeń doskonale dostosowana do nowoczesnych potrzeb nowoczesnego człowieka, tyle że, dziwnym trafem, ten nie bardzo chciał w niej zamieszkać. Mimo wszystko wierzę w brudną i zatęchłą przestrzeń tradycyjnej opowieści, wierzę w bierność i urocze lenistwo czytelnika, a także niezbywalny narcyzm autora, niezależnie od tego, czy jest artystą czy naukowcem. Ten, być może, będzie chciał podzielić się odpowiedzialnością, ale czy równie chętnie odda prestiż i władzę? A czytelnik? Czy lektura wielokierunkowych, zapętlonych i otwartych powieści hipertekstowych może być na dłuższą metę czymś więcej niż ekscentryczną rozrywką grupki entuzjastów? Nie da się już dziś dyskutować z ekspansją hipertekstu i jego niewyobrażalnym potencjałem komunikacyjnym czy dydaktycznym, ale jeśli chodzi o przyszłość bardziej tradycyjnych form narracji, również – jak mi się zdaje – możemy być spokojni.


Jay David Bolter, Przestrzeń pisma. Komputery, hipertekst i remediacja druku
tłum. Aleksandra Małecka i Michał Tabaczyński
Korporacja Ha!art, Miejskie Centrum Kultury w Bydgoszczy, 2014