Jan Klata podjął się inscenizacji tekstu gęstego od znaczeń, tajemnic i ekspresjonistycznej symboliki; tekstu, który powstał niejako na zgliszczach po głębokiej depresji Augusta Strindberga i wyraźnie pobrzmiewają w nim echa owego załamania. Nietrudno się zatem domyśleć, że dzieło szwedzkiego autora zostało w najnowszej premierze współcześnie przepisane, przetransponowane na modłę reżysera. Twórcy wykorzystali osnowę dramaturgiczną Do Damaszku, by wykreować swoją opowieść o zgoła innej tonacji. Pierwotnie bohaterem dramatu jest Nieznajomy – osamotniony i nieszczęśliwy pisarz w średnim wieku - porte-parole Strindberga – który wciąż na coś czeka. Przy wtórze Marsza żałobnego odbywa on dziwną podróż przypominającą psychotyczne majaczenia. Na jego drodze stają kolejno: przypadkowo poznana kobieta (towarzysząca mu w dalszej wyprawie), żebrak, lekarz (mąż kobiety), siostra lekarza, matka i dziadek kobiety oraz spowiednik. Klata postanawia jednak, zamiast pisarza, nakreślić postać muzyka, a robi to bodaj tylko po to, by klimat był bardziej rockowy, a obecność kolażu z piosenek uzasadniona. W rezultacie portret psychologiczny bohatera zostaje dość mocno spłycony, a wymowa sztuki Strindberga znacząco traci na sile.
Między ścianami monumentalnej
kaplicy czaszek zamknięty jest Idol (Marcin Czarnik) – postać-pamflet, drwiąca z autokreacji artysty-performera; tego sławnego (a może osławionego?) muzyka poznajemy w kryzysowym momencie jego bytu: oto egotyczny gwiazdor miota się wśród chaosu lęków i neurotycznej niepewności, ruchem nieuporządkowanym przemieszczając się w kierunku jakiejś nieokreślonej jasności, sensu, a może potwierdzenia własnej wartości.
Osobliwa to peregrynacja w poszukiwaniu
wiary, nadziei i miłości, która odbywa się na efektownym rowerze przypominającym motocykl, w nonszalancko noszonym garniturze, z zamężną kobietą u boku i soczystym
fuck you, Jesus!!! na ustach. W tym neobarokowym widzie krystalizują się obawy i trwożne myśli Idola – docierają do niego dźwięki dostępne tylko jego uszom, ukazują mu się kolejno postaci, które bynajmniej nie idą w sukurs jego poszukiwaniom, lecz wciągają go w przedziwny taniec niczym w domu strachów. To, co znajduje muzyk, to chimeryczne
carpe diem i
non omnis moriar rzucone przez pijanego żebraka (Krzysztof Globisz) – marne to pocieszenie dla wierzącego w deterministyczny porządek świata Idola, przekonanego, że został skazany na cierpienie już w dzieciństwie. W drżenie wprowadza go też postać męża jego towarzyszki niedoli – wilkołaka (Krzysztof Zarzecki), który jawi się jako fantom z przeszłości, złe wspomnienie ukazujące się we śnie.
Artysta performer trwa w programowym buncie i swobodnie bluźni przeciwko sile wyższej, bardziej jednak niż wściekłość uwydatnia się tu zmęczenie i rezygnacja, a zło, które stale mu się przypisuje, to raczej wyraz bezradności i rozpaczy niż świadectwo siły. Okrzyk jestem bogiem! przy dźwiękach onirycznej piosenki wywołuje doznanie pustki istnienia Idola, samotności wśród monad, niesprecyzowanego poszukiwania po omacku; jakże smutno i rozpaczliwie wybrzmiewają słowa utworu and if I only could/ make a deal with God/ and get him to swap our places… Wówczas zdaje się, że nawrócenie, mające być znaczącym zwrotem w życiu duchowym, nie jest rozwiązaniem, a jedynie przyczynkiem do kolejnych wątpliwości, niejasności.
Egzystencjalne napięcia w spektaklu są jednak precyzyjnie dekonstruowane przez charakterystyczny dla Klaty repertuar trików; i tym razem do czynienia mamy z kolokwialnymi językowymi wtrętami, choreografią o prostocie piktogramu i kompilacją znanych piosenek. Potencjalna metafizyka kieruje się raczej w stronę metafizyki YouTube’a, jakby w obawie przed nazbyt poważnym wydźwiękiem. Wymiana kwestii między Panią (Justyna Wasilewska) a Idolem na zasadzie – Dokąd idziemy? – W chuj. zdaje się niebezpiecznie zbliżać do stylistyki komentarzy w Internecie, efektywnie niwelując rozwijające się niepokoje. Cyniczna i ironiczna współczesność niejako nie pozwala szczerze wyrażać własnego strachu, bezpieczniej jest dziś unikać ekspresji lęków, a sytuację ekstremalną nazwać performansem, trywializując realność swoich odczuć. Stoimy tu i gadamy głupstwa, bo nikt nie chce powiedzieć, co naprawdę czuje – te słowa protagonisty brzmią zatem wyjątkowo symptomatycznie.
Klata stworzył spektakl będący wysokojakościową rozrywką, a doskonale zabawne groupies głównego bohatera (Aldona Grochal i Beata Paluch) są akcentem, który zdecydowanie warto zobaczyć. Jest to jednak rzecz równie atrakcyjna, co przewidywalna i – wbrew zapowiedziom – nie skłaniająca ku refleksji nad wspólnotą i wiarą. Po końcowych brawach raczej nie pozostaniemy pogrążeni w niepokoju, a pójdziemy po coca-colę i włączymy Running up that hill na YouTubie.
Narodowy Stary Teatr w Krakowie
Do Damaszku
August Strindberg
reżyseria, opracowanie muzyczne: Jan Klata
obsada:
Aldona Grochal / Katarzyna Krzanowska / Beata Paluch / Dorota Segda / Krzysztof Globisz / Adam Nawojczyk / Krzysztof Zarzecki / Marcin Czarnik / Justyna Wasilewska
adaptacja, przepisanie, dramaturgia: Sebastian Majewski
scenografia: Mirek Kaczmarek
choreografia: Maćko Prusak
Premiera:
2013-10-05 Duża Scena (ul. Jagiellońska 1)