Macierzyństwo non-fiction to zbiór prozatorskich miniatur, zgromadzonych w ośmiu tematycznych rozdziałach, opatrzonych trafnie dobranym słowami Jerzego Leca. Ogromna dawka ironicznego humoru, autoironicznej analizy i „matczynych neologizmów”, połączone z bardzo współczesną (blogową) formą wyrazu, budują spójną całość. Na poziomie języka szczególną uwagę przyciąga zaskakująca leksyka związana z opieką nad noworodkiem, która w humorystyczny (choć dla niektórych raczej bulwersujący) sposób nawiązuje do oporządzania zwierząt, widzeń więziennych i karmienia paszą. Bluźnierczo sportretowane zostają klany dzieciatych i panująca zmowa milczenia, a wszystko to wymierzone przeciw „niedzieciatym”, by jak najdłużej nie poznali prawdy o rzeczach obiektywnie trudnych. Dodatkowo osławiony instynkt macierzyński okazuje się czymś zupełnie nieobligatoryjnym, nieautomatycznym i omylnym. Ostatnim bastionem wsparcia nie jest też najbliższe otoczenie, bo po kilkutygodniowej fali zachwyconych twarzy nad kołyską ostatecznie nad pełną pieluchą pozostaje jedna twarz – twarz matki, rzecz jasna. Zawsze znajdzie się też grupa życzliwych, która uświadomi kobietę, że dzieci dobrych matek nie płaczą, że dzieci dobrych matek zdobywają wybitne wyniki już na siatce centylowej, że dzieci dobrych matek są grzeczne, czyste, towarzyskie i kontaktowe. A jeśli twoje akurat takie nie jest? Cóż, wiadomo.

Na tak zarysowanym tle odbywa się domowa rewolucja, a w podziemiach rewolucji pulsuje intensywniejszy z dnia na dzień strumień bezwarunkowej miłości. Przede wszystkim na tym pierwszym poziomie jasne staje się nagle, że nic już nigdy nie będzie tak samo, że mijali się z prawdą prorocy szybkiego odchowania potomka, że nie ma powrotu do uwielbianego życia sprzed.
Na tym drugim okazje się jednak, że nawet największa frustracja dnia codziennego nie jest w stanie sprawić, by matka pragnęła wcześniejszego życia bardziej niż życia z terrorystycznym udziałem roszczeniowo nastawionego dziecka. Ponadto matka czuje, jak całe jej życie determinuje jedno neonowo jarzące pojęcie – „poświęcenie” – codzienne, absolutne, fizyczne i emocjonalne. Oczekiwana społecznie funkcja kobiety, ale jednocześnie zupełnie nie z tych oczekiwań płynąca, a tryskająca z podziemnego strumyka potrzeba wewnętrzna. Matka szybko dowiaduje się także o trudzie i nudzie nieefektywnego „siedzenia w domu”, które jest jednocześnie pracą na trzy (dwa i pół, kiedy dziecko ma cudownego tatusia i jednocześnie posiada już zdobycz rozwojową w dziedzinie przesypiania nocy) etaty. Okazuje się jednak, że te długie miesiące – otępiające, nużące, wypłukujące z poczucia własnej tożsamości – są tylko epizodem na drodze pięknej relacji.

Co nie znaczy, że mówić o nich nie należy. Należy bowiem mówić głośno i z całą stanowczością topić lukier zalegający na różowej wizji macierzyństwa, zewsząd serwowanej kobietom. Idealni, pozornie perfekcyjni, zadowoleni (nawet jeśli bez szczególnego powodu), bezrefleksyjni rodzice podniosą być może alarm, ponieważ ukazywanie macierzyństwa w towarzystwie ciężkich pampersów, łysienia poporodowego i wiecznego niedosytu towarzyskiego nie mieści się w idyllicznej wizji kobiecego powołania. Odgrywa jednak dużo ważniejszą rolę, bo stawia pytanie fundamentalne, a ciągle jeszcze pozostające w sferze tabu.

Takie pytanie postawiła książka Joanny Woźniczko-Czeczott. Mianowicie: nie „z kim” i „kiedy”, a „czy” w ogóle chcesz mieć dziecko? Czy ty, aktywna, zapracowana, ambitna, zdrowo egoistyczna, ciekawa świata współczesna kobieto, będziesz potrafiła urodzić się w bólach jako matka? Jeśli tak, ogromna miłość wyjaśni ci bardzo wiele, resztę dopowiedzą życzliwi, a dziecko stanie się projektem twojego życia. Jeśli zaś nie, to twoja nieświadomość może skrzywdzić przynajmniej dwie osoby. Stąd tak ważna jest ta świadomość, nawet gdyby w istocie miała ona ostatecznie pozostać niekompletna, bo nie istnieje idealny sposób przekazania „bezdzietnym” czym jest „dzietność”. Musimy jednak pozwolić „dzieciatym” na realistyczne opowieści, by „niedzieciaci” dowiedzieli się, że nie wszystko musi się udać.

Te i inne postulaty niesie na ustach bohaterka książki Macierzyństwo non-fiction. Kristal poznajemy głównie poprzez jej pierwszoosobowe humorystyczne opowieści, odczarowujące dzień codzienny mitycznej Matki Polki. Centrum historii, którą poznaje czytelnik, jest córka bohaterki, opcjonalnie pojawia się mąż, który nie do końca świadomie współbuduje opisywaną przez bohaterkę (pierwotnie na jej internetowym blogu) historię. Autorka ukazuje proces domowej rewolucji na przykładzie przekonująco autentycznym, bo współczesnym. Oto para młodych, dynamicznych ludzi, tworząca małą rodzinę, osadzona w realiach polskiego miasta, uczy się siebie jako rodziców. Oto kobieta, która żyje w świecie przyjemności obcowania ze sztuką, intelektualnych uciech płynących z lektury, w świecie kobiecości, pasji i samorealizacji doświadcza trudu swego nowego życia z dzieckiem, stając się pełnoetatową mamą. Doświadcza komplikacji, nieporozumień, bezsilności i zrezygnowania, ale jednocześnie przywołuje przykłady (książki, opowieści, nawet przyśpiewki) sprzed lat, które świadczą o tym, że nie są to wyłącznie problemy kobiet współczesnych. Przykłady nie są oczywiście liczne, nie powstawały masowo. Być może właśnie dlatego książka Joanny Woźniczko-Czeczott jest jedną z ważniejszych książek poruszających temat macierzyństwa.  

Wbrew opiniom niektórych czytelników, którzy prawdopodobnie książki nie zrozumieli, Macierzyństwo non-fiction nie jest antyprokreacyjną historią zgorzkniałej i unieszczęśliwionej macierzyństwem feministki z krzywdzącego stereotypu. To raczej opowieść o konsekwencjach rodzicielstwa – i w tym sensie książka broni się sama. Czytamy: aby dokonać mądrego wyboru, warto mieć jak najpełniejsze dane o konsekwencjach, i dalej gdy ktoś naprawdę dojrzeje do decyzji o dziecku, świadomość konsekwencji nie zdoła go zniechęcić. A co gdy matka nagle uświadamia sobie, że pewnego dnia jej córeczka znajdzie się dokładnie w tym samym położeniu, przeżyje te same rozterki, doświadczy takich samych emocji? Odpowiedzi jest prawdopodobnie wiele, Kristal mówi jednak krótko – Do tego też ją wychowuję. Bardzo jej tego życzę. Nie istnieje skuteczniejsza reklama macierzyństwa.


Joanna Woźniczko-Czeczott, Macierzyństwo non-fiction
Czarne, 2012