Robert Ostaszewski: Zacznę nieco prowokacyjnie: Skrzydlata trumna jest już czwartą częścią cyklu o komisarzu Zygmuncie „Zydze” Maciejewskim. Nie znużyło cię pisanie o nim?

 
Maricn Wroński: Nie, dlaczego? Faktycznie jestem z natury niecierpliwy, nie lubię pracy zbyt powtarzalnej, ale przecież na Komisarza Maciejewskiego wymyśliłem sposób, dzięki któremu i cykl jest cyklem, i ja się bardzo nie męczę: każda książka nieco inna i w obrazie, i w temacie, i nawet stylistycznie. Łączy je gatunek, miejsce akcji i postać komisarza. A Skrzydlata trumna to wcale nie „już” czwarta powieść o Maciejewskim, tylko „dopiero” czwarta. W tej chwili pracuję nad piątą, powojennym Pogromem w przyszły wtorek, a równolegle nad konceptami kolejnych.
 
Pogratulować systematyczności. A zaplanowałeś już, ile będzie części cyklu, czy to „wyjdzie w praniu”?
 
Wiele zależy od czytelników i oczywiście od mojego wydawcy. Z pewnością nie chciałbym ciągnąć cyklu na siłę, rozwadniając kolejne tomy i powtarzając schematy. Gdybyś mnie zapytał o to dwa lata temu, powiedziałbym o pięciu książkach, dziś myślę o dziewięciu lub dziesięciu, ale ile ich powstanie rzeczywiście, czas pokaże.
 
Wróćmy jednak do początków, by nie rzec – prapoczątków. Zaczynałeś w latach 90. jako autor kojarzony z awangardowym sposobem pisania, potem miałeś romans z fantastyką, by wreszcie postawić na prozę kryminalną/sensacyjną. Co sprawiło, że zniosło cię w stronę prozy uważanej za „lżejszą”?
 
Wszystko z winy przerostu ambicji nad umiejętnościami i powieści, którą zaplanowałem sobie ponad piętnaście lat temu, a nawet zrobiłem coś gorszego: zacząłem ją pisać. Widzisz, w tamtych czasach marzyło mi się, żeby zostać współczesnym Jamesem Joyce'em albo chociażby lubelskim Günterem Grassem. Tymczasem w niewielkim stopniu potrafiłem wówczas wzbić się ponad mój warsztat z Obsesyjnego motywu babiego lata z 1994 roku, zaś tym, że i tak jestem sporo mądrzejszy, niż pisząc debiutanckie Udo Pani Nocy, nie umiałem się cieszyć ani odrobinę. Miałem zamysł ponad swoje siły i ten zamysł mnie przygniótł. Fragmenty Historii nieudaczności, owej powieści wagi ciężkiej, opublikowałem pod koniec lat 90. w siedleckiej antologii Od Nowa, po czym zamilkłem, obrażony na literaturę, która za nic nie chciała ułatwiać mi życia, i na samego siebie, niedorastającego do własnych oczekiwań. Zapewne ty, jako bardzo konsekwentnie rozwijający się krytyk literacki, nie miałbyś dziś o czym ze mną rozmawiać, gdybym zupełnym przypadkiem nie został redaktorem i adaptatorem tekstów w wydawnictwie dla dzieci. Nabrałem tam wprawdzie wielu złych nawyków, ale za to oduczyłem się polegania na tzw. natchnieniu i po raz pierwszy spojrzałem na pisanie jako na pracę. Taką, do której siada się rano, ma się normy wykonawcze i trzeba je wykonać. A ponieważ wciąż czułem, że robię nie do końca to, co powinienem, nieustanie zadawałem sobie pytania: „Kim ty chcesz zostać, jak dorośniesz, do cholery ciężkiej? Czy twoim ideałem pisarza naprawdę jest ten żałosny facet z Dżumy Alberta Camusa, który przez całe życie międlił jedno zdanie? Czy wolisz pisać, czy kwilić, że nie piszesz?”. Gdy zacząłem konsekwentnie mierzyć się z zadaniami wykonalnymi, zupełnie przy okazji doszedłem do etapu, w którym nawet mógłbym już napisać moją pechową Historię nieudaczności, gdybym tylko miał czas.
 
Po cichu liczę, że kiedyś jednak znajdziesz, bom jej bardzo ciekaw… Jakie możliwości otwiera przed tobą wykorzystywanie konwencji kryminalnej?
 
O, konwencja kryminalna jest mimo swych niezbywalnych elementów nadzwyczaj pojemna! Większość moich tekstów fantasy to gatunkowo są kryminały. Natomiast jeśli pytasz o cykl o Maciejewskim, to otwiera dokładnie takie same możliwości, jakie miała mi otworzyć Historia nieudaczności, tylko w bardziej sztywnej, bo gatunkowej formule. Tamta powieść miała być o historii i Lubelszczyźnie, cykl Komisarz Maciejewski też jest o historii i Lublinie. Nie jestem fanem kryminału jako takiego, podobnie jak pisząc fantastykę – co nie jest zjawiskiem częstym wśród pisarzy tego nurtu – nie potrafiłem bez ziewania rozmawiać o subtelnościach geografii u J. R. R. Tolkiena albo militariach Andrzeja Sapkowskiego. Liczyły się dla mnie wyłącznie fabuła, problem, którego dzięki tej fabule dotykamy, i styl jako syndrom literackości.
Również teraz zbrodnia i śledztwo są dla mnie wyłącznie narzędziami. Nie oznacza to oczywiście, że je deprecjonuję – szanujący się rzemieślnik dba o swoje narzędzia – niemniej mało co nudzi mnie tak bardzo, jak perfekcyjna intryga z byle jakim tłem. Gdy zabierałem się za mój pierwszy kryminał retro, Morderstwo pod cenzurą, z pełną świadomością pisałem powieść o tym, co naprawdę mnie interesowało: dawnym Lublinie, żywej i pod wieloma względami wciąż aktualnej historii oraz o mojej fascynacji starą gazetą. Właśnie ta książka sprawiła, że stałem się rozpoznawalnym autorem – oczywiście popularność kryminałów zrobiła swoje, ale jestem przekonany, że nie byłby to sukces, gdybym nie nasączał swojego cyklu własnymi pasjami.
 
Na hasło: kryminały Wrońskiego pada odzew: Maciejewski i Lublin. Wiem, że uwielbiasz swoje miasto, nie miałeś więc chyba problemu z wyborem miejsca akcji?
 

Nie, rzeczywiście nie miałem. Poza tym warto pisać o czymś, na czym się znamy – wielu pisarzy mówi o tym w wywiadach – zaś akurat Lublin znam nieźle.
 
Ale czy nie kusiło cię, aby spróbować wejść z kryminalnymi opowieściami w inną przestrzeń miejską?
 
Ależ tak, i już takie próby wykonywałem. Officium Secretum nie jest wprawdzie kryminałem, jednak blisko – bo thrillerem, thrillerem osadzonym w Kazimierzu Dolnym. Natomiast Maciejewski jest niestety facetem nieruchawym, tak mocno związanym z Lublinem, że wsadzenie go do pociągu i wywiezienie na przykład do Warszawy to mógłby być materiał co najwyżej na opowiadanie. Natomiast bez wątpienia jedną z kolejnych powieści o nim osadzę w Zamościu, gdzie komisarz zaczynał służbę w tamtejszym Wydziale Śledczym. Nie są to może dalekie wyprawy, żadne Londyny i New Yorki, jednak i ja jestem facetem nieruchawym, zupełnie jak Maciejewski. Niedługo przyjdzie mi wprawdzie pojechać do Chartres i napisać zamówione opowiadanie o tym mieście, ale chyba uwierzę w to dopiero, kiedy tam się znajdę i na odwrót będzie za późno.
 
To fakt, ty i Maciejewski do globtroterów nie należycie… Jeśli pozwolisz, porozmawiajmy trochę o tajemnicach twojego warsztatu pisarskiego. Obmyślając nowy kryminał, szukasz najpierw jakiegoś wydarzenia historycznego, czy w pierwszej kolejności szkicujesz zarys akcji?
 

Zwykle wygląda to tak, że kiedy grzebię w materiałach potrzebnych mi do aktualnie pisanej książki, nagle znajduję coś, co do tej nie pasuje nijak, natomiast podsuwa pomysł na intrygę albo przynajmniej istotny kawałek tła kolejnej. Historia bardzo mnie inspiruje, bo nieraz przynosi takie zalążki fabularne, których nigdy sam bym nie wymyślił albo nie miał odwagi zastosować, ponieważ wydawałyby mi się zbyt przerysowane. Takim zaskoczeniem była na przykład liczba samochodów, jaką dysponowała na początku lat 30. komenda, w której pracował Maciejewski: dwa plus jeden zepsuty.
 
Przed przystąpieniem do pisania tworzysz szczegółową „drabinkę” fabuły, jak na przykład Marek Krajewski, czy może masz tylko ogólny plan, a poza tym idziesz na żywioł?

 
Robercie, przecież znamy się osobiście, więc już na pewno zauważyłeś, że jestem mało rozgarnięty! Gdybym nie miał drabinki, to nie wiedziałbym, co pisać! Ale poważnie: bywa z tym o tyle różnie, że nie każda z moich powieści miała równie szczegółowy plan pracy. Przekonałem się jednak, że im bardziej jest on szczegółowy, zanim powstanie pierwsze zdanie, tym lepszy efekt.
 
A jak jest z Zygą? Wymyśliłeś wcześniej całą historię komisarza aż do jego śmierci – oby żył sto lat!!! – czy może kształtuje się ona z książki na książkę?
 
O, z Zygą było trudniej, bo przecież pisząc Morderstwo pod cenzurą, nie mogłem być pewien, że próba okaże się sukcesem i przerodzi się w cykl. Nie byłem tego całkiem pewien nawet przy drugiej książce, Kinie Venus. Dopiero po kilku rozdziałach A na imię jej będzie Aniela uznałem, że lubelski komisarz to postać, której warto poświęcić jeszcze kilka lat pracy. Nieprzypadkowo właśnie w tej książce są pewne sygnały biografii komisarza, które rozwinąłem właśnie w Skrzydlatej trumnie. I w tym właśnie momencie kompletny życiorys Zygi zaczął mi się zamykać, niemniej wciąż sporo drobnych faktów to sprawa otwarta. Na pewno warto wiedzieć o swojej postaci sporo, znacznie więcej, niż jest to niezbędne do napisania kolejnej książki, gdybym jednak ustalił wszystko, mógłbym podrzucić sobie skórkę od banana, na której się pośliznę za rok albo dwa.
 
Jak jest z tworzeniem obrazu przedwojennego Lublina? Prowadzisz chyba dosyć drobiazgową kwerendę historyczną?
 
Dosyć drobiazgową na pewno, jednak zawsze jest ona bardziej związana z potrzebami książki niż wiedzą dla wiedzy. Często nad tym boleję, tylko wciąż brakuje mi czasu na tyle lektur, na ile miałbym ochotę. Swoją wiedzą chętnie wspomagają mnie za to moi czytelnicy i przyjaciele, wśród których są amatorscy fani Lublina, przewodnicy, historycy…
 
Czytając kryminały z Maciejewskim, zawsze zastanawiam się, na ile kreacja postaci głównego bohatera jest swego rodzaju ukłonem w stronę tradycji noir, na ile zaś ma umocowanie w historii. Znalazłeś może w źródłach historycznych policjanta choć trochę podobnego do Zygi?
 
O nie, takiego policjanta w prawdziwej Policji Państwowej nie było i raczej być nie mogło! Dotyczy to zresztą wielu kreacji literackich, jednak właśnie tu pęknięcie między literaturą a historią wydaje mi się nie tylko atrakcyjne, ale wręcz niezbędne. Prawdziwi policjanci byli – a nawet wciąż są – ludźmi wykonującymi w gruncie rzeczy nudną i powtarzalną pracę. Przed wojną zaś, kiedy dobre przygotowanie do pracy śledczej było zjawiskiem naprawdę rzadkim, a poziom wykształcenia nawet oficerów był bardzo niski, taki człowiek jak Zyga Maciejewski – po maturze, z kilkoma latami studiów prawniczych, z biegłą znajomością języka obcego, najpewniej służyłby w komendzie głównej w Warszawie. Z kolei biorąc pod uwagę jego niesubordynację, jeszcze bardziej pewne, że popracowałby w policji rok, może dwa. Mój bohater to stanowczo postać z tradycji noir, może tylko odrobinę zsocjalizowana, by jej obecność w strukturach policyjnych nie przekraczała elementarnych reguł prawdopodobieństwa. Wciąż mam jednak na myśli prawdopodobieństwo literackie, nie historyczne! Natomiast wokół Maciejewskiego pojawiają się bohaterowie wzorowani na realnych postaciach albo wręcz postaci realne z prawdziwym imieniem i nazwiskiem.
 
W Skrzydlatej trumnie (swoją drogą, świetny tytuł, gratuluję!) ważne miejsce zajmuje historia lotnictwa wojskowego II RP. Skąd wzięło się u ciebie zainteresowanie akurat tym tematem?
 
Prawdę mówiąc, historia lotnictwa wojskowego nie zainteresowałaby mnie w ogóle, gdyby nie jej związek z historią Lublina oraz pewne kryminalne wątki, w jakie byli umoczeni obrońcy polskiego nieba. Dzisiejszy Lublin, miasto z dopiero budującym się lotniskiem, zupełnie nie przypomina tego przedwojennego miasta, w którym powstała pierwsza w niepodległej Polsce fabryka samolotów. To istotny element tak w krajobrazie miasta, jak i w jego socjologii, bo wykwalifikowani pracownicy tego zakładu zarabiali znacznie powyżej średniej. Jednocześnie główny odbiorca lubelskich samolotów, czyli wojsko, kombinowało całe lata, jak by tu wysiudać z interesu dotychczasowych właścicieli, doprowadzić zakład do bankructwa i przejąć za psie pieniądze, co w końcu się udało na przełomie 1935 i 1936 roku. Jest o tym trochę w Skrzydlatej trumnie, kusi mnie jednak, by ugryźć ten temat od środka, tylko to już byłaby sprawa znacznie przekraczająca kompetencje komisarza Maciejewskiego.
 
Twój nowy kryminał jest specyficznie skonstruowany, akcja toczy się w nim dwutorowo: z jednej strony przedstawiasz losy Zygi z roku 1945., kiedy gnije on w więzieniu bezpieki, w którym próbuje go złamać demoniczny major Grabarz, z drugiej – opowiadasz historię śledztwa, które komisarz prowadzi w roku 1936. Wygląda to trochę tak, jakby wciąż coś cię trzymało w latach 30., jakbyś nie potrafił się z tego dziesięciolecia wyrwać…
 
Bo wcale nie chcę się wyrywać, uważam tylko, że niektóre wątki nabierają pełnej wymowy, dopiero gdy zostaną odpowiednio skontrastowane. Takim kontrastem w Skrzydlatej trumnie jest właśnie złodziejska etatyzacja lubelskiej fabryki z lat 30. zestawiona z bandycką nacjonalizacją, która dokonała się po wojnie. Za to Pogrom w przyszły wtorek w całości będzie się dział w 1945 roku, a w jednej z kolejnych powieści powrócę do wydarzeń jeszcze sprzed Morderstwa pod cenzurą, do lat 20. Jestem znacznie mniej przywiązany do konkretnej konwencji i konkretnych dekoracji, niż to się z pozoru wydaje, jedynie nie zdążyłem jeszcze powiedzieć wszystkiego, co zamierzam.
 
Aż się boję, co będzie, gdy już powiesz wszystko… Retro jest wciąż najpopularniejszą odmianą kryminału w Polsce. Jakie są tego, Twoim zdaniem, przyczyny?
 
Niedawno pewien publicysta pewnego tygodnika z błędem ortograficznym w tytule próbował udowodnić tezę, że z powodu nieudolności pisarzy, którzy nie potrafią zmierzyć się z rzeczywistymi problemami społecznymi i uciekają w bezpieczne rejony. Guzik prawda, autorzy kryminałów retro, przynajmniej ci, którym zależy bardziej na historii niż kostiumie, tworzą powieści głęboko zaangażowane w szukanie naszych historycznych korzeni i prawdy o tych korzeniach. W dodatku w ich tytułach nie ma błędów ortograficznych. My w Polsce, długo pozbawieni niezabagnionej ideologią wiedzy o naszych dziadkach i pradziadkach, wciąż jesteśmy ich ciekawi i w tym sensie kryminał retro to komercyjna odmiana literatury małych ojczyzn. Biorąc zaś pod uwagę z jednej strony to, co często słyszę na spotkaniach autorskich: „politykę to ja mam w telewizorze”, z drugiej wciąż żywą potrzebę wielu środowisk, by historię pisali politycy, a nie historycy, wcale się nie dziwię czytelnikom poszukującym prawdy alternatywnej, a przy tym atrakcyjnej. Sam wśród moich czytelników mam prawicowców i lewicowców, duchownych katolickich i Żydów, lekarzy i historyków – naprawdę, zapotrzebowanie na literackie głosy w sprawie historii jest większe, niż myślałem jeszcze kilka lat temu.
 
Z drugiej strony coraz częściej przebąkuje się, że kryminał retro powoli się kończy… Czy faktycznie?
 
Czy nie jest przypadkiem tak, że częściej niż czytelnicy, przebąkują o tym krytycy, którzy chcieliby zostać ojcami chrzestnymi nowego trendu? Oczywiście, każda moda kiedyś się kończy i każdy potencjał kiedyś się wyczerpuje, ale na pewno nie ja będę kimś, kto zacznie głosić śmierć konceptu, który przyniósł mi sukces i z którego wciąż żyję. Co nie znaczy, że nie mam ochoty pisać również innych powieści, lecz to osobna sprawa na inną rozmowę.
 
Oby udało się nam ją odbyć jak najszybciej. Dziękuję za rozmowę.
 
I ja pięknie dziękuję.


Marcin Wroński (ur. 1972) - w latach 90. związany z trzecim obiegiem literackim - publikował m.in. w artzinach „Lampa i Iskra Boża", „Mała Ulicznica" i „Brytan OD NOWA". Zadebiutował zbiorem opowiadań Udo Pani Nocy (1992), a wkrótce ukazała się jego mikropowieść pijacko-przygodowa Obsesyjny motyw babiego lata (1994). Tworzył też piosenki i skecze dla prowadzonego przez siebie kabaretu „Osoby o Nieustalonej Tożsamości", był felietonistą i dziennikarzem radiowym, pracował jako nauczyciel, pisał książki dla dzieci. W 2007 roku opublikował pierwszy kryminał z serii o komisarzu Maciejewskim, Morderstwo pod cenzurą, a rok później kolejny - Kino Venus, oba nominowane do prestiżowych nagród literackich i omawiane przez wielu krytyków.  Numerem trzy na liście retro kryminałów z Lublina jest tom A na imię jej będzie Aniela, zaś w lutym 2012 roku ukazała się Skrzydlata trumna - czwarty odcinek opowieści o Zydze Maciejewskim.

Marcin Wroński wydał także głośny thriller Officium Secretum. Pies Pański (W.A.B. 2010); obecnie pracuje nad piątym tomem z serii o Maciejewskim oraz sztuką teatralną o Józefie Czechowiczu (poeta pojawił się już w retrokryminalnym cyklu jako Jerzy Trąbicz).

Strona Marcina Wrońskiego: www.marcinwronski.art.pl


Robert Ostaszewski - pisarz, krytyk literacki, wydał (wraz z Martą Mizuro) powieść kryminalną Kogo kocham, kogo lubię. Wkrótce nakładem wydawnictwa W.A.B. ukaże się jego kolejny kryminał Sierpniowe kumaki napisany wspólnie z Violettą Sajkiewicz.

Tekst pochodzi z blogu Autora

Przeczytaj także:

WYWIAD MARKA OLSZEWSKIEGO Z MARCINEM WROŃSKIM


ESEJ O POPRZEDNICH KSIĄŻKACH WROŃSKIEGO


RECENZJĘ SKRZYDLATEJ TRUMNY